DZIEŃ 9 (24 października) Braka - Manang

autor: Monia

data: 2012-11-11T10:01:31.000Z

Słoneczko przygrzewa, na talerzu naleśnik z dżemem, kawa, do tego przemiłe towarzystwo naszych Rodaków. Czego chcieć więcej?

Zgodnie z zapowiedzią, śniadanie jemy z Wiolą, Izą i chłopakami z Dolnego Śląska. Wymieniamy doświadczenia z podróży, tej i innych, bo okazuje się, że nasi nowi znajomi także wędrowali po Peru i Boliwii. Tematów do rozmowy znalazłoby się jeszcze wiele... ale trzeba ruszać na szlak. Dziś nasze drogi się rozejdą, bo my chcemy iść w stronę Tilicho Lake, a oni zostają w Brace. Może spotkamy się jeszcze w High Campie...

Długa droga do Manang

Ruszamy z zamiarem dotarcia do Khangsaru. To wioska za Manangiem, z której jutro chcemy iść w stronę Tilicho Lake. Zaraz za Braką zrywa się silny wiatr. O co chodzi, zastanawiamy się. Dopiero 10:00, jeszcze co najmniej przez dwie godziny powinna być ładna pogoda. Momentalnie robi się chłodno, słońce chowa się za chmurami, wygląda jakby lada moment miał zacząć padać śnieg.

Gdy dochodzimy do Manangu (zaledwie pół godziny drogi), jest już naprawdę zimno i rzeczywiście pada drobny śnieg! Nie ma mowy, nie idziemy dalej! Znajdujemy hostel i postanawiamy zrobić sobie dzień przerwy.

Cafe latte i kino

Plany na dzisiejszy dzień mamy ambitne. Najpierw ciastko i kawa. Tak, tak w Manangu mają lavazzę!!! I ekspres do kawy!!! To chyba jedyne takie miejsce do tej pory! Jeszcze żeby nie było tak zimno w tej kawiarni. Tu nigdzie nie ma ogrzewania, dziury w ścianach na dwa palce, a same ściany to jak z tektury. Ehhh...

Przed zimnem chowamy się w... kinie. Tak, tak, kino też tu mają! Na 3 tysiącach metrów! Film adekwatny do miejsca: 7 lat w Tybecie. Chyba każdy z widzów widział ten film już kilka razy, ale przecież nie o to chodzi! W środku jest cieplutko i przytulnie. W piecyku pali się ogień, a drewniane ławki wyściełane są miękką zwierzęcą skórą. W cenie biletu dostajemy gorącą herbatę i popcorn. Co za klimat!!!

Gdy wychodzimy jest już ciemno, zimno i pada drobny śnieg. Chciałoby się schować pod ciepłą kołderkę. Ale idziemy jeszcze na spotkanie z Martą, polską lekarką. Poznaliśmy się kilka godzin temu, podczas wykładu o chorobie wysokościowej, który prowadziła. Gdzie Ją tu przywiało? Z zaciekawieniem idziemy na spotkanie. Okazuje się, że Marta jest tu od miesiąca jako wolontariuszka. Na Święta Bożego Narodzenia wraca do domu. W Polsce robi specjalizację z kardiologii, a chorobą wysokościową interesuje się przy okazji. Przy dzbanku herbaty i szarlotce wymieniamy wrażenia, dzielimy się swoimi doświadczeniami. Tematów do rozmowy wiele, ale czas tak szybko leci…robi się późno i musimy się pożegnać.

Marta, trzymaj się tam! Już niedługo wracasz! Mamy nadzieję, że nasze ścieżki jeszcze kiedyś się spotkają!

To był fajny dzień. Mimo okropnej pogody. A jutro znów na szlak!

podsumowanie

przeszliśmy 2km

0,5h treku

z 3450m npm na 3540m npm