Tokio po przylocie

autor: Monika

data: 2017-03-05T15:10:00.000Z

Gdy lądujemy w Tokio jest już ciemno. Na lotnisku wszystko przebiega sprawnie, zaraz przed bramkami do metra są automaty, w których można kupić bilet. Z lotniska do naszego hotelu jest około 40 minut, jedziemy kolejką naziemną. Z okien wypatrujemy co tylko da się wypatrzeć. Ja liczę na rozświetlone neonami ulice, takie jak w filmie Między słowami Sophii Coppoli. Ale chyba kolejka jedzie inną trasą, bo widzę tylko normalne ulice, dość wąskie, po jednym pasie w każdą stronę. Jedynej egzotyki dodają szyldy z napisami po japońsku, ale w ilości umiarkowanej.

Dojeżdżamy do centrum, musimy przesiąść się na metro. Jesteśmy na dużej stacji, coś jak London Victoria albo London Bridge. Od razu w oczy rzucają się biali. Dużo ich tu. Po wyglądzie i zachowaniu wnioskuję że nie turyści. Część idzie na piwo, ale sporo wraca dopiero z pracy - wnioskuję po garniturach i teczkach – jest piątek grubo po 21:00 – o kulturze pracy do późnych godzin nocnych słyszeliśmy już przed wyjazdem od kilku znajomych osób, które tu mieszkały. Jak widać nie przesadzali. Potem jeszcze nie raz będziemy widzieć w metrze późnym wieczorem a właściwie już nocą, wracających z pracy i przysypiających ludzi.

Zabawna ta przesiadka, wychodzimy ze stacji, idziemy ulicą, jakieś sto metrów dalej schodzimy znów na dół, wydaje nam się że tu jest już nasza stacja, gdzie mamy wsiąść w metro (tak było oznakowane przy wejściu). Idziemy jednak jeszcze co najmniej 400 metrów podziemnym przejściem zanim docieramy do bramek. Niby nic nadzwyczajnego, w Londynie też są duże odległości miedzy liniami oznakowanymi jako dogodne przesiadki. Ale jakie rozczarowanie, jest bardzo ciepły, przyjemny wieczór, jesteśmy w dość popularnej dzielnicy, o wiele fajniej byłoby przejść się powierzchnią i zobaczyć jak to wszystko wygląda. No cóż, następnym razem będziemy wiedzieć.

W hotelu witają nas bardzo łamanym angielskim, my się uśmiechamy, panie recepcjonistki się uśmiechają. Powiedzmy, że można się dogadać. Na szczęście nie mamy żadnych pytań, a w dodatku nieoczekiwanie dostajemy cały zestaw darmowych próbek kosmetyków.

Pokoik jest malutki, między łóżkiem a stolikiem można ledwo stanąć, ale to nam zupełnie nie przeszkadza. Hotel jest dobrze zlokalizowany, zaraz przy wejściu do metra, jest bardzo przytulnie i nowocześnie. Oczywiście idę obejrzeć toaletę. Ha, nie zawiodłam się: podgrzewana deska klozetowa i trzy opcje mycia. To jest to!

Padamy z nóg i umieramy z głodu, więc idziemy poszukać jeszcze czegoś na kolację. Zbliża się już 23:00, większość miejsc w okolicy niestety już zamknięta. Lądujemy w całodobowym fast foodzie. I już nam się podoba. Na stoliku jest dzwoneczek i jak jesteś gotowy złożyć zamówienie - dzwonisz, chcesz rachunek - dzwonisz. Super sprawa. Menu jest także po angielsku więc nie mamy problemu ze zrozumieniem. Zamawiamy ramen, czyli gruby makaron, w wersji full wypas, bo z mięsem i warzywami.

Jedzenie nie jest powalające, ale jak na fast fooda po 24 godzinnej podróży nie mamy zbyt dużych oczekiwań. Jest ciepłe i nie ucieka z talerza. To wystarczy. Jutro zwiedzamy Tokio a wieczorem jedziemy do Osaki.