dziennik z podróży

autor: Monika

data: null

Dzień 0: Przylot do Tokio

Gdy lądujemy w Tokio jest już ciemno. Na lotnisku wszystko przebiega sprawnie, zaraz przed bramkami do metra są automaty, w których można kupić bilet. Z lotniska do naszego hotelu jest około 40 minut, jedziemy kolejką naziemną. Z okien wypatrujemy co tylko da się wypatrzeć. Ja liczę na rozświetlone neonami ulice, takie jak w filmie Między słowami Sophii Coppoli. Ale chyba kolejka jedzie inną trasą, bo widzę tylko normalne ulice, dość wąskie, po jednym pasie w każdą stronę. Jedynej egzotyki dodają szyldy z napisami po japońsku, ale w ilości umiarkowanej.

Dojeżdżamy do centrum, musimy przesiąść się na metro. Jesteśmy na dużej stacji, coś jak London Victoria albo London Bridge. Od razu w oczy rzucają się biali. Dużo ich tu. Po wyglądzie i zachowaniu wnioskuję że nie turyści. Część idzie na piwo, ale sporo wraca dopiero z pracy - wnioskuję po garniturach i teczkach – jest piątek grubo po 21:00 – o kulturze pracy do późnych godzin nocnych słyszeliśmy już przed wyjazdem od kilku znajomych osób, które tu mieszkały. Jak widać nie przesadzali. Potem jeszcze nie raz będziemy widzieć w metrze późnym wieczorem a właściwie już nocą, wracających z pracy i przysypiających ludzi.

Zabawna ta przesiadka, wychodzimy ze stacji, idziemy ulicą, jakieś sto metrów dalej schodzimy znów na dół, wydaje nam się że tu jest już nasza stacja, gdzie mamy wsiąść w metro (tak było oznakowane przy wejściu). Idziemy jednak jeszcze co najmniej 400 metrów podziemnym przejściem zanim docieramy do bramek. Niby nic nadzwyczajnego, w Londynie też są duże odległości miedzy liniami oznakowanymi jako dogodne przesiadki. Ale jakie rozczarowanie, jest bardzo ciepły, przyjemny wieczór, jesteśmy w dość popularnej dzielnicy, o wiele fajniej byłoby przejść się powierzchnią i zobaczyć jak to wszystko wygląda. No cóż, następnym razem będziemy wiedzieć.

W hotelu witają nas bardzo łamanym angielskim, my się uśmiechamy, panie recepcjonistki się uśmiechają. Powiedzmy, że można się dogadać. Na szczęście nie mamy żadnych pytań, a w dodatku nieoczekiwanie dostajemy cały zestaw darmowych próbek kosmetyków.

Pokoik jest malutki, między łóżkiem a stolikiem można ledwo stanąć, ale to nam zupełnie nie przeszkadza. Hotel jest dobrze zlokalizowany, zaraz przy wejściu do metra, jest bardzo przytulnie i nowocześnie. Oczywiście idę obejrzeć toaletę. Ha, nie zwiodłam się: podgrzewana deska klozetowa i trzy opcje mycia. To jest to!

Padamy z nóg i umieramy z głodu, więc idziemy poszukać jeszcze czegoś na kolację. Zbliża się już 23:00, większość miejsc w okolicy niestety już zamknięta. Lądujemy w całodobowym fast foodzie. I już nam się podoba. Na stoliku jest dzwoneczek i jak jesteś gotowy złożyć zamówienie - dzwonisz, chcesz rachunek - dzwonisz. Super sprawa. Menu jest także po angielsku więc nie mamy problemu ze zrozumieniem. Zamawiamy ramen, czyli gruby makaron, w wersji full wypas, bo z mięsem i warzywami. Jedzenie nie jest powalające, ale jak na fast fooda po 24 godzinnej podróży nie mamy zbyt dużych oczekiwań.Jest ciepłe i nie ucieka z talerza. To wystarczy.

Dzień 1: Tokyo, wyjazd do Osaki

Próbujemy wstać rano, ale długi lot i zmiana czasu nie sprzyjają. Niestety jak się leci na wschód to zmiana czasu jest dość uciążliwa i wstanie o 7:00 okazuje się dużym wyzwaniem.

Ale jakże inny to będzie wyjazd od dotychczasowych. Na nogach jeansy i trampki, nawet robię makijaż i suszę włosy. Makijaż! Suszarka! To mi się nie zdarzyło jeszcze na żadnym wyjeździe! Kawa na wynos z kawiarni dopełnia tej całości. Tak, to jest zupełnie inny urlop niż nasze dotychczasowe wyjazdy.

Meji Shrine

Jedziemy zwiedzać Meiji Shrine. To świątynia uroczo położona w parku. Ledwo zdążyliśmy przejść przez pierwszą bramę, rozejrzeć się co nieco po dziedzińcu, a tu jakieś zamieszanie, strażnicy pokazują żeby się przesunąć na bok. Jakaś procesja, nie bardzo wiemy o co chodzi. Ach, to ślub! Trafiliśmy na ślub! Trudno nam stwierdzić co się właściwie dzieje, młodzi gdzieś idą, za nimi kilka osób. To chyba jeszcze nie główna część wydarzenia. Potem jest spokój na kilkanaście minut, już o nich zapominamy, zwiedzamy sobie dalej. I nagle znów nas ustawiają w rządku, każą zrobić przejście na środku. Tym razem już idzie cały orszak.

Foto ślubu

Kocia kawiarnia

Świątynia zwiedzona, ślub zaliczony, idziemy szukać śniadania. Kręcimy się trochę po okolicy ale nic nie możemy znaleźć. I nagle widzę co? Cat cafe! Kawiarnia z kotami. Oczywiście nie mogę przejść obojętnie. W Chinach byliśmy w kilku takich miejscach, zamawiało się ciastko, kawę albo coś innego do przegryzienia, a po kawiarni przechadzały się koty. Czy może być lepiej? Wchodzimy więc do środa, okazuje się, że trzeba wjechać windą na jakieś 8 piętro. Tak, to powinno było wzbudzić moje podejrzenia. Głód i myśl o kawie w towarzystwie kotów chyba mnie zamroczyła. Oczywiście coś tam wcześniej słyszałam o kocich kawiarniach, ale nigdy nie zgłębiałam tego tematu. No i co się okazuje? Cat cafe w wydaniu japońskim to po prostu miejsce, gdzie można poprzebywać z kotami. Nie za darmo oczywiście. Co za dziwaczne miejsce to jest! Kawa jest, owszem, ohydna z automatu. Koty tylko rasowe. Znane mi z opowieści i gazet podobne miejsca gdzieś indziej na świecie (nawet w Polsce takie są) to kawiarnie, w których schronienie znajdują koty bezdomne, oddane, zabrane ze schronisk. Właściciele zajmują się kotami, często celem takiej kawiarni jest znajdowanie im nowego domu. Ale nie tutaj. Tutaj to czysty biznes. Piękne, wychuchane i wymuskane koty ras wszelakich mieszkają tu na stałe, mają do dyspozycji przeróżne zabawki, obsługa oczywiście dba o nie należycie. A Japończycy za odpowiednią opłatą mogą poprzebywać z tymi kotami w jednym pomieszczeniu. Można je głaskać, ale nie można brać na ręce. Koty są mega znudzone głaskaniem i nawet bardzo nie uciekają, ale nie powiedziałabym żeby to głaskanie sprawiało im jakąkolwiek przyjemność. Fani kotów wiedzą o czym mówię – jak głaskasz kota to wiesz, czy mu się podoba czy nie, a tutaj nic, zero reakcji, całkowite zobojętnienie.

Posiedzieliśmy trochę z tymi kotami, tyle ile należało nam się za minimalną opłatę i poszliśmy szukać śniadania dalej. Biedni ci Japończycy, żeby zobaczy kota muszą płacić. Trzymanie zwierząt domowych podobno nie jest tu zbyt powszechne, głównie ze względu na klaustrofobiczne mieszkania ale pewnie też tryb życia. Skoro Japończycy pracują po 14 godzin na dobę, raczej nie miałby kto zajmować się takim zwierzakiem.

Takeshita Street

Lżejsi o kilkadziesiąt jenów, bogatsi o dziwne doświadczenie i dalej głodni idziemy piechotą w stronę Takeshita Street. To znane na całą Japonię i nie tylko zagłębie popkultury. Liczymy na dziwacznie poubierane japońskie nastolatki i coś do jedzenia. Tym razem rozczarowania nie ma. Jest tryliard ludzi, są przeróżne przekąski (naleśniki z owocami do wzięcia w rękę na wynos!), jest głośno, są nastolatki z różowymi włosami i fioletową watą cukrową, są sklepy z dziwnymi ubraniami i jest trochę jak na londyńskim Camden Town. W sumie to nie jest długa uliczka, gdyby nie tłum ludzi to jej przejście zajęłoby maksymalnie 10 minut. Ale dzieje się tyle, że nie wiadomo gdzie patrzeć.

Posileni naleśnikiem z owocami, bitą śmietaną i czekoladą idziemy szukać nowoczesnego Tokyo. Cel: przejście dla pieszych Shibuya - chyba jedno z najbardziej znanych przejść na świecie. Podobno na raz potrafi nim przechodzić kilka tysięcy ludzi (no nie wiem czy to możliwe). Długa droga przed nami, nie wiem czemu idziemy piechotą zamiast podjechać metrem. Ale zanim dojdziemy na to sławne przejście to tak naprawdę widzimy kilka innych, które o miano najtłoczniejszych na świecie też mogłyby powalczyć.

Bullet train

Wieczorem jedziemy do Osaki. Pierwsza podróż bullet trainem. Mamy już rail pass, czyli tygodniowy bilet na pociągi. Jeszcze nie do końca orientujemy się jak to wszystko działa więc na wszelki wypadek idziemy na stację trochę wcześniej i odwiedzamy informację. Okazuje się, że przy pierwszej podróży bilet trzeba aktywować. Potem już tylko wsiada się do wybranego pociągu.

Gdy dojeżdżamy do hotelu w Osace jest już około 22:00. Jesteśmy kosmicznie głodni idziemy więc na poszukiwanie czegoś do jedzenia w najbliższej okolicy. Zaledwie dwie uliczki dalej trafiamy na market z dziesiątkami kawiarni i sklepików. Szkoda, że wszystko się właśnie zamyka… Udaje nam się jednak cos jeszcze znaleźć. Zamawiamy trochę w ciemno, kelnerka mówi trochę po angielsku, niektóre rzeczy są przetłumaczone na angielski, wiec wybieramy.

Dzień 2: Zamek w Himeji

Jedziemy zwiedzić zamek w Himeji. Standardowo na dworcu kupuję kawę na wynos, w piekarni kupujemy drożdżówki, śniadanie z głowy. Jemy w pociągu, ale na początku trochę się krępujemy. Na szczęście siedzimy na podwójnym siedzeniu, tylko we dwoje, nie widać nas za bardzo. Kilka osób tez wsiada z kawą, ktoś inny ma bułkę. Uff, można jeść.

Zamek jest zaledwie 1,5 godziny drogi pociągiem z Osaki. Niby jedziemy do innej miejscowości, ale za oknem cały czas teren zabudowany. Trudno dostrzec różnice kiedy kończy się jedno miasto a zaczyna kolejne. Początkowo widzimy dużo bloków, bardzo industrialny krajobraz. Potem robi trochę bardziej wioskowo. Jednorodzinne domki, przy każdym domku poletko ryżowe. Śmieszne te domki mają, takie chude, maluteńka działaczka obok, praktycznie można przez okno gadać z sąsiadem. Coraz mijamy boisko do baseballu. Zadziwiające, że akurat ten sport cieszy się tutaj taką popularnością.

Z dworca kolejowego do zamku idziemy pieszo, ot tylko jakieś 15 minut spaceru, w dodatku nie sposób się zgubić po wyjściu z dworca. Od razu widać zamek na wprost, na końcu drogi. Poza tym ciągną w tamtą stronę tłumy turystów, więc wystarczy iść za nimi. No tak, jesteśmy w szczycie sezonu, w dodatku jest przepiękna słoneczna pogoda.

W zamku tłumy nie nikną. Nie przeszkadza to za bardzo w zwiedzaniu na zewnątrz. Ale już podziwianie wnętrz to wyzwanie. Główną atrakcją jest po prostu wejście na samą górę. Zamek ma kilka pięter, każde to jedno duże pomieszczenie a pośrodku są schody. Chodzi się w kółko, a raczej stoi w kolejce, aż dojdzie się do następnych schodów. Każdy kolejny poziom jest mniejszy niż poprzedni, więc na samej górze jest już naprawdę ciasno i trzeba czekać aż ludzie zejdą na dół, zanim wpuszczą następną turę. W środku nie bardzo jest co podziwiać, za to widok z okien na miasteczko całkiem ciekawy.

Po powrocie idziemy zwiedzać Osakę, miejsce przypomina trochę Khao San Road w Bangkoku. Tylko tutaj jest zdecydowanie więcej miejsc z jedzeniem. I jest tego tyle, że trudno nam się zdecydować. W końcu lądujemy w przypadkowej knajpie. Zamawiamy tutejszą specjalność: Okonomiyaki i Takoyaki. Pycha!

Ogród Kōraku-en w Okayamie

Zwiedzanie zamku kończymy dość wcześnie. Zamek jest bardzo ładny i warty odwiedzenia, ale nie oszukumy się, w środku nic nie ma, także trudni spędzić na tym terenie więcej niz 3-4 godziny. Jest jeszcze wcześnie więc jedziemy do Okayamy zobaczyć jeden z trzech Wielkich Ogrodów Japonii.

Międzyczasie niestety pogoda bardzo się psuje. Jest pochmurno a jak dojezdzamy na miejsce to juz neizle pada. Nienajlepsza to pora na spacer po ogrodzie...Ale skoro już tu przyjechaliśmy to Tym bardziej, że w samym miasteczku nie bardzo jest co zwiedzać. W ogóle wszystkie te miasteczka to takie szare bure. I bardzo przypominają nam Chiny, tylko tu jest czysto, cicho i mało ludzi (tego na pewno nie można powiedzieć o Chinach).

Dzień 3: Miyajima i Hiroshima

Dziś w planach długa wycieczka. Jedziemy daleko na zachód. Na drogę, już standardowo, kawa na wynos i drożdżówki z piekarni na dworcu. Ktoś przede mną kupuje dwie kawy na wynos. Kawy wkładają do foliowej reklamówki. Na kubkach są wieczka, ale takie z otworkami do picia...Patrzę z fascynacją. Klient zadowolony odchodzi, ale wraca zanim zdążę zamówić swoją kawę. Co się okazało? Kawy mu się wylały! Serio, kto by się spodziewał. Obsługa kawiarni bez mrugnięcia okiem daje mu dwie nowe kawy. No tego to jednak nikt by się nie spodziewał. Tym razem wziął je w rękach.

Nasz cel dziś to wyspa Miyajima, znana dzięki tak zwanej pływającej bramie. Jak starczy czasu wieczorem to po drodze zatrzymamy się w Hiroszimie. Najpierw jedziemy pociągiem, potem przesiadamy się w kolejkę podmiejską, która dowozi nas na przystań. Stamtąd promem płyniemy na wyspę. Zastanawialiśmy się jak znajdziemy przystań po wyjściu z kolejki, ale helo, to przecież Japonia. Po pierwsze wszystko jest napisane i oznakowane, po drugie tłumy białasów jadących z nami kolejką zmierzają w dokładnie tym samym kierunku. Zgubić się nie da. Nasz bilet tygodniowy na pociągi działa także na prom, także stajemy w kolejce do wejścia.

Po kilku minutach już z promu widać sławną bramę. Ale jakaś taka blada. Na wszystkich zdjęciach z Japonii brama jest jaskrawo czerwona, na tle pięknej niebieskiej wody, z drzewami w oddali…No tak. Photoshop. Otóż brama w rzeczywistości taka czerwona nie jest, co prawda jest aktualnie w remoncie, może jak skończą pomalują całość? Gdy dopływamy brama jest wodzie, jednak widać ze zbliża się odpływ. Zanim uda nam się dojść z przystani w pobliże bramy, widzimy jak szybko się cofa. Zanim skończymy zwiedzać shrine, brama stoi już niemal całkowicie na suchym piasku.

Na wyspie spotykamy pierwsze jelonki. Spodziewaliśmy się ich dopiero w Narze, ale jak się okazuje tutaj też mieszkają. Są dosłownie wszędzie! Leżą na chodniku, siedzą przy drodze. Nie wyglądają na agresywne, raczej ignorują turystów, ale zdjęcie i tak robię z daleka.

Jeszcze tylko mały deser i możemy wracać. Lody „bobki jelonka” (tłumaczenie moje, po ang. deer poo) i możemy wracać. Kolejny przypływ za kilka godzin, gdy wracamy promem na ląd, widzimy tłumy turystów dopiero przypływających na wyspę. Pewnie chcą zobaczyć wieczorny przypływ i bramę o zachodzie słońca.

Hiroszima

W drodze powrotnej robimy przystanek w Hiroszimie. Miasto nie różni się niczym od tego co widzieliśmy do tej pory. Tak samo nowocześnie, tak samo czysto. W sumie dlaczego miałoby się różnić? Minęło 60 lat.

Z dworca kolejowego jedziemy tramwajem do Parku pamięci. Już z drogi widzimy znany nam ze zdjęć budynek, a raczej pozostałości budynku. Zostawiono go jako memoriał, by przypominał o tym co się tutaj wydarzyło. Jestem zaskoczona, że aż tak dużo tego budynków się zachowało. Zawsze miałam w głowie obraz miasta totalnie zmiecionego z powierzchni ziemi. Okazuje się, że całkiem sporo budynków przetrwało, ale władze je wyburzyły, zostawiając tylko ten jeden. Na chwilę przed zamknięciem udaje nam się wejść do muzeum. Najpierw długim ślimakiem schodzi się do okrągłego pomieszczenia. A tam pusto i tylko na ścianach setki małych tabliczek, a każda tabliczka ku pamięci jednej ofiary. Stoisz po środku tego i po raz pierwszy w życiu poświęcasz temu wydarzeniu więcej niż 5 sekund. Pomysł jakże prosty a jak wymowny. Muzeum zebrało też dziesiątki przedmiotów, które przetrwały wybuch, dziesiątki historii ludzi, którzy przeżyli. Nie da się jednak wysłuchać i przeczytać więcej niż kilka. Gdy wychodzimy na zewnątrz jest już ciemno, do Osaki docieramy około 22:00. Akurat idealnie by coś zjeść.

Dzień 4: Nara

Dzisiaj jedziemy do Nary, to dawna stolica Japonii, znana z kompleksu świątyń i jedna z najpopularniejszych jednodniowych wycieczek z Osaki lub Kyoto. Dojazd to zaledwie 30 minut – 1h, w zależności którym pociągiem się jedzie, dlatego wiele osób nie decyduje się na spędzenie tu nocy.

Już od razy po wyjściu ze stacji kolejowej bardzo mi się podoba. Jest bardziej kameralnie, swojsko.

W Narze świeci słońce, jest cieplutko, wręcz upalnie. Do tego tłocznie. No i spotkanie z jelonkami numer dwa. Tutaj jest ich już o wiele więcej niż na wyspie Miyajima. Na szczęście nie podchodzą jeśli się ich nie zaczepia, wobec nas są zupełnie obojętne. Wszystkie jelonki mają przycięte rogi więc nie ubodą, domyślam się też, że są zaszczepione przeciwko wściekliźnie i regularnie badane, także wielkiego zagrożenia nie ma, ale jak kopnie albo ugryzie to pewnie boli. Na każdym kroku są znaki żeby nie karmić, nie głaskać, nie zaczepiać a i owszem, ale kto by się przejmował. Takie słodkie jelonki. A potem w internecie na forach czytam, żal i wylewanie łez, że kopnął, ugryzł, zabrał jedzenie.

Zwiedzamy kompleks świątyń i już nam się myli co do czego. Zwiedzanie świątyń tutaj to zupełnie inna rozrywka niż gdzieś tam tybetańskie świątynie w Syczuanie czy na trekkingu w Nepalu. W sumie nie wiem czy te są jeszcze regularnie użytkowane. Widzimy ludzi, którzy się modlą wchodząc, ale nie wiem czy odbywają się tu jakieś ceremonie. Świątynie w Japonii to zdecydowanie atrakcja z kategorii architektura, a nie religie i ceremonie. Co nie znaczy, że nie warto zobaczyć.

Po całym dniu w upale wracamy zmęczeni do Osaki.

Dzień 5: Kyoto -

Rano

Żeby dotrzeć do świątynię trzeba wdrapać się stromą uliczką pod górę. Męczącą drogę urozmaicają stragany z pamiątkami i kawiarnie. Uparcie szukam pamiątek, więc oczywiście odwiedzamy każdy stragan. Niestety nic nie przykuwa mojego wzroku na dłużej. No może oprócz kotków. Kotki są wszędzie. Jak się okazuje, wszystko można zrobić w kształcie kotka, a jak nie da się osiągnąć kształtu kotka, to na pewno kotka można dołożyć na wierzchu, albo dorysować, albo przyczepić.

Zanim docieramy na górę jesteśmy już głodni. Im bliżej góry, zamiast do straganów, zaglądamy na wysawty kawiarni. Aha, bo tutaj większość restauracji ma wystawę. Jak w sklepie. A na wystawie jest replika serwowanych dań. Ale nie taka upiękniona i wyglądająca 10 razy lepiej niż to co potem dostaniesz na talerzu. O nie! To są autentyczne odwzorowania serwowanych dań. Zrobione chyba z plastiku, ale pewna nie jestem. Wyglądają tak prawdziwie, że momentami zastanawiamy się, czy to prawdziwe danie tam stoją. Szczerze mówiąc, przez pierwsze dni naprawdę myślałam, że to prawdziwe dania. Podobno te plastikowe atrapy są bardzo drogie, można kupić małe atrapy na pamiątkę i kpsztują po kilkadziesiąt złotych!

W końcu skuszeni plastikowym makaronem i krewetkami wybieramy jedną z knajpek. Zaraz przy głównej uliczce znajdujemy nie drogą w sumie knajpkę ze stolikiem na balkonie z widokiem na uliczkę. Spodziewałabym się w takim miejscu wyższych cen, ale wcale nie, jest zupełnie tak samo jak wszędzie.

Gdy w końcu docieramy do świątyni, ciężko jest przebić się przez tłum. To chyba jedna z najbardziej obleganych atrakcji w Kyoto. Nie robi na mnie piorunującego wrażenia, ale z kolei ciekawie jest poobserwować Japonki i Japończyków, którzy na zwiedzanie świątyni przychodzą w tradycyjnym stroju. Taki strój można wypożyczyć na dzień lub dwa, na miejscu nawet zrobią odpowiednią fryzurę i makijaż. Ot, taki trend. To Japonia, więc chyba nic nie dziwi. Trochę jakby u nas jadąc zwiedzać Wawel, przebierało się w stroje z baroku. Może to jakiś pomysł na biznes?

Na kolacje wracamy do centrum Kyoto i po długich poszukiwaniach (ceny nie zachęcają) trafiamy w końcu do ciekawej knajpki, w której próbujemy kolejnego lokalnego specjału, schabu-shabu.