Po bezdrożach do Uyuni - ruszamy

autor: Monia

data: 2009-03-23T01:46:13.000Z

Nie zobaczyć Salar de Uyuni to nie być w Boliwii, mawiają niektórzy. To największe solnisko świata tworzące jeden z najbardziej niezwykłych, wręcz kosmicznych krajobrazów naszego globu, przyciąga rocznie tysiące podróżników. Ale boliwijskie Altiplano to nie tylko Salar de Uyuni, to także niezwykle barwne górskie laguny, to buchające gejzery i dzikie wigonie na niedostępnych dla innych zwierząt terenach.

By tam dotrzeć nie wystarczy wsiąść w samolot, a potem dojechać luksusowym autobusem z klimatyzacją. Tam nie ma autostrady, którą samochody mkną jeden za drugim. Nie ma nawet asfaltowej drogi, nie mówiąc już o stacjach benzynowych. Można za to wynająć jeepa, obowiązkowo z napędem na cztery koła, zapasowymi oponami, kanistrami z paliwem na dachu i z kierowcą – przewodnikiem w jednym. A wtedy nic tylko ruszyć w jedną z najciekawszych podróży samochodowych w życiu.

No to zaczynamy

Ruszając z San Pedro de Atacama, chilijskiej miejscowości przy granicy z Boliwią, zanim dotrzemy do sławnego solniska, czeka nas trzydniowa podróż po boliwijskich bezdrożach. Chwilę przed 8.00 rano idziemy z bagażami pod biuro Colque Tour, agencji w której wykupiliśmy wycieczkę. Nasze wyobrażenia? Zapakujemy się do jakiegoś jeepa wraz z trzema innymi osobami i tak spędzimy najbliższe trzy dni.

Docieramy pod biuro. Spora grupa turystów wszelakiej narodowości, choć oczywiście przeważają Francuzi, jak wszędzie do tej pory. Jakieś niby małe zamieszanie. Jeepa nie widać. Stoi van. Idziemy do biura po kasę za odwołaną wycieczkę na gejzery. Koleś oddaje nam część pieniędzy w boliviano, tłumacząc, że będziemy ich zaraz potrzebować na granicy, skoro jedziemy do Boliwii. Resztę oddaje w chilijskim peso. Na szybko przeliczamy kursy. Mniej więcej jest ok.

Upssss

Wychodzimy przed biuro, szukamy naszego jeepa. Nie ma. Jest jakieś coś autobusowate. Ktoś woła, ze tour do Uyuni ma tam wsiadać. Jakiś koleś stoi w oknie tego busa i wyraźnie domaga się żeby dać mu bagaże. No niech będzie. Coś nam się przypomina, że te jeepy to na granicy mają być. Wsiadamy i zajmujemy miejsca. Za nami oczywiście Francuzi. W sumie 5 sztuk. Bez żadnych oporów rozmawiamy na głos jak to nie lubimy tych Francuzów, którzy się wszędzie plączą i muszą być zawsze w centrum uwagi. - Dzień dobry...- słyszymy nagle...upsss, jacyś Polacy wsiedli, ale spoko, nie obgadywaliśmy ich :) Później trochę z nimi rozmawiamy, okazuje się, że oni już kończą swój trip, ale wszystko organizowali przez biuro podroży.

Na granicy

No ale wracając do podróży - po załadowaniu się do środka ruszamy. Dosłownie za moment docieramy na granicę z Boliwią. Granica to budka i stojący obok niej, nieustannie podniesiony szlaban. Wszystko prawie jak w Europie. No ale prawie robi różnicę.... Budka jest niby przy drodze, więc jak jedziesz drogą, to wypada się zatrzymać. Ale szlaban jest już poza drogą, więc nijak nie blokuje przejazdu. A droga właściwie niewiele różni się od tego, co drogą nie jest. Czyli właściwie nie ma różnicy czy jedziesz drogą czy nie. Trzęsie tak samo.

Na granicy kilku posterunkowych i Evo Morales w dumnym stroju na ścianie. Płacimy po 21 boliviano od łebka i już po formalnościach. Proste. Żadnych pytań, żadnego przeszukiwania bagażu, żadnych wiz. Bajka w porównaniu z granicą polsko-białoruską.

Gdzie ten jeep 4x4?

Widzimy jak nasze bagaże wylatują oknem z busika. Jak weszły tak wychodzą. Ciekawe gdzie jest ten nasz jeep? Podchodzi jakiś Boliwijczyk, coś tam gada i chyba chodzi o to, że mamy wsiadać do czegoś dużego. Wygląda jak wóz kempingowy. Jeepa nie przypomina, ale wsiadamy. Mamy obawy czy ten olbrzym wytrzyma podróż po boliwijskich wertepach, nie mówiąc o Salar de Uyuni.

Laguna Blanca

Ruszamy. Nawet za bardzo nie trzęsie. Po kilkudziesięciu minutach docieramy do uroczej Laguny Blanca. W jej krystalicznie czystej wodzie odbijają się ośnieżone szczyty pobliskich gór, a u brzegu brodzą biało-czarne flamingi. Widok jak z obrazka. Rekompensuje wszelkie niedogodności podróży.

Nad Laguną robimy krótki przystanek na śniadanie z obowiązkową herbatką z koki. Ma to nam pomóc w walce z soroche. Niby nie wspinamy się na żadne szczyty, ale faktycznie dla takich białasów jak my, zmiana wysokości jest odczuwalna. Odczuwalna w mało przyjemny sposób. Herbata z koki jednak działa średnio. Potem w trakcie podróży nasz kierowca częstuje nas liśćmi koki i tłumaczy, jak żuć, żeby poskutkowało. Oprócz mega gorzkiego smaku i frajdy z żucia koki na mnie jednak jakoś nie chciało podziałać…

Lincancabur i Laguna Verde

Wkrótce zatrzymujemy się u stóp Lincancabura, wciąż aktywnego wulkanu, w którego kraterze znajduje się jedno z najwyżej na świecie położonych jezior. Przez większość roku woda w jeziorze Lincancabur jest zamarznięta, ale ani to, ani wysokość (5 920 m n.p.m.) nie przeszkadzają żyjącemu tam planktonowi. Gdy wysiadam z samochodu uderza mnie ostry wiatr. Choć przez szyby ogrzewa nas palące słońce, na zewnątrz strasznie wieje. To wciąż grubo ponad 4 000 m n.p.m.! Podchodzę bliżej leżącego u podnóży wulkanu jeziorka. Dopiero wtedy dostrzegam jego szmaragdowo – błękitną barwę. Niezwykły kolor Laguny Verde przywodzi na myśl znane z fotografii gorące, białe plaże Malediwów czy Bora Bora a błyszcząca w słońcu woda kusi swym spokojem.

Kto widział wikunie?

Po chwili ruszamy dalej. Po drodze widzimy wikunie, znane w Polsce jako wigonie. Te smukłe, dostojne zwierzęta należą o dziwo do rodziny wielbłądowatych i są przodkami hodowanych powszechnie w Peru czy Boliwii, lam. Wikunie różni jednak od lam niemal wszystko. Wikunia jest damą. Dumnie przechadza się po łąkach, zerkając z pobłażaniem na nas, turystów. Nie dała się ujarzmić hodowcom, tak jak jej potomczyni, lama. Wikunia mieszka tam, gdzie zwykły człowiek nie chadza na co dzień, jak boliwijskie czy chilijskie łąki położone kilka tysięcy metrów nad poziomem morza. A lama? Lama rozbrykana, wesoła, zawadiacka pojawi się później…

Kalejdoskop

Mijają kolejne minuty. Minuty zamieniają się w godziny. A my wciąż jedziemy z nosami przylepionymi do szyb. Krajobraz za oknem zmienia się jak w kalejdoskopie. I już nie wiesz, co jest piękniejsze. Czy widziana przed chwilą malutka lagunka z brodzącymi u jej brzegu flamingami czy wielobarwne zbocza gór, mieniące się w słońcu wszelkimi odcieniami brązu, czerwieni, żółci i pomarańczy. Jest tak surowo, niedostępnie, a ciepło i przyjaźnie jednocześnie.

Momentami górskie zbocza, przeplatane piaskowymi wydmami tworzą prawdziwie surrealistyczne krajobrazy. Nie bez powodu jedno z takich miejsc nazwano imieniem Salvadora Dalego. Idealnie równa, wygładzona przez wiatr i niezakłócona przez ludzką stopę powierzchnia wydmy, z porozrzucanymi na niej jakby niedbale głazami, wygląda niczym tło niejednego obrazu tego hiszpańskiego ekscentryka.

Słońce poranka

Wkrótce docieramy do położonego na 4 870 m n.p.m. pola gejzerów Sol de Manana (Słońce poranka). Jest już nieźle po południu, słońce zdążyło rozgrzać powietrze i ziemię, dlatego gejzery nie buchają parą na wysokość kilkudziesięciu metrów. Ale brunatno - szarawa maź, przypominająca zarówno konsystencją, jak i kolorem niezaschnięty beton nadal złowrogo bulgocze.

Laguna Colorada

Gdy docieramy do celu dzisiejszej podróży jest już po 15.00. Błękitno – biało – różowe wody Laguny Colorady mienią się w słońcu, ukazując nam coraz inne odcienie. W jej wodzie brodzą różowe flamingi, u brzegu pasą się lamy i wikunie. To zdecydowanie najbardziej zdumiewające miejsce dzisiejszej podróży. Jeszcze nie widzieliśmy tylu flamingów, lam i wikuni w jednym miejscu. A to wszystko z barwną taflą jeziora w tle.

Tutaj zostajemy na noc. Po raz pierwszy śpimy na takiej wysokości: 4 330 m n.p.m. Dla mnie oznacza to śpiwór, 4 koce, narzutę, skarpetki, spodnie, sweter, a i tak w nocy marznę. Za to następnego dnia czeka nas kolejna porcja niesamowitych widoków i niezwykłych krajobrazów. Czasem warto jednak pomarznąć…