Karakuli i Kamel Highway

autor: Monia & fry

data: 2012-09-01T22:23:03.000Z

Czy Ktoś z Was kiedyś marzył, żeby zobaczyć wielbłąda? Ale nie takiego w cyrku, czy jakimś kurorcie, gdzie za kilkadziesiąt złotych wsadzą Cię na górę i obwiozą po okolicy. Tylko prawdziwego wielbłąda w jego naturalnym środowisku. Ja o tym marzyłem!

Musiał być to wielbłąd dwugarbny (trzygarbnych chyba nie ma?), koniecznie na pustyni, takiej jak Sahara, bo tylko tam żyją wielbłądy, prawda?

A wcale, że nie!!!

Najlepsze stada wielbłądów żyją na wysokości ponad 3000 metrów i niegroźne im śniegi ani chłód, a jak trzeba to przejdą się do najbliższej pustyni Takla Makan i naładują baterie słoneczne. A jeśli ktoś myśli, że inne wielbłądy są bardziej cool, oto co mają do powiedzenia wielbłądy ujgurskie:

Nudno jest, trzeba się gdzieś przejechać

Dysponując kilkoma dniami wolnymi (czekaliśmy na niedzielny market w Kaszgarze), ale przy ograniczeniach wizowych (mamy wizę chińską jednokrotną), oraz niejasnej sytuacji na granicy z Pakistanem (jednego dnia jest otwarta, by następnego bez powodu być zamkniętą), ruszamy z Kaszgaru na kilkudniową przejażdżkę w stronę granicy z Pakistanem.

Eee, znów jezioro

Krystalicznie czyste jezioro, ośnieżone szczyty i kazaskie jurty (w sumie tadżyckie, jak się później okazuje)... Skądś już to znamy…Ale decydujemy się spróbować jeszcze raz. W połowie drogi z Kaszgaru do granicy z Pakistanem, na wysokości 3500 metrów, znajduje się przepięknie położone jezioro Karakuli. W tafli wody niezakłóconej przez żadne wycieczkowce odbijają się ośnieżone siedmiotysięczniki. Na brzegu stoją prawdziwe jurty, nieopodal pasą się owce i kozy. A turystów tutaj jak na lekarstwo.

Nad jeziorem żyją rodziny pasterzy, którzy latem częściowo utrzymują się z turystyki. Zimą zwijają jurty i mieszkają w pobliskiej wiosce (widać ją na drugim brzegu jeziora). W przeciwieństwie do ludzi znad jeziora Tian Chi, ci pasterze naprawdę mieszkają w jurtach, przyrządzają tam posiłki i razem spędzają czas.

Autostop, autostop, wsiadaj bracie, zapłacisz później...

Gdy już pozachwycaliśmy się widokami, spędziliśmy chłodną noc w jurcie i zjedliśmy tradycyjne tadżyckie śniadanie (chleb i słona herbata z mlekiem), chcemy ruszyć dalej. Następnym przystankiem ma być Taszkurgan, niewielka miejscowość położona ok. 130 kilometrów od granicy z Pakistanem. Niestety, znalezienie transportu na takim pustkowiu nie jest łatwe. Na trasie Kaszgar - Taszkurgan kursują tylko dwa autobusy dziennie. Cieszą się dużym wzięciem i wyruszają pełne. Wszyscy podróżni jadą do końca, nikt po drodze nie wysiada. No bo gdzie i po co? A kierowca ze względu na bardzo liczne kontrole policji raczej nie weźmie więcej pasażerów niż ma wolnych miejsc. Ale o tym dowiadujemy się rano.

W tej sytuacji postanawiamy łapać stopa. Co prawda oprócz nas nad jeziorem jest jeszcze kilkoro turystów, którzy wykupili wycieczki, w tym samochód z kierowcą.

Tylko że oni wracają do Kaszgaru, więc zabrać się z nimi nie da rady. Ale stopa łapiemy zadziwiająco szybko. Kierowca busika bez gadania każe nam wsiadać, ładuje bagaże na pakę i rusza w drogę. Przez dwie kolejne godziny podziwiamy zza szyb ośnieżone szczyty, pasące się zwierzęta i wijącą się drogę.

Po dojechaniu na miejsce kierowca zażyczył sobie 200 juanów, czyli jakieś 115 złotych. I taki to autostop w Chinach...

Śladem karawan

Niegdyś karawany, które zdołały przeżyć i przedostać się przez najstraszliwszą na ziemi pustynię, Takla Makan, trafiały do Kaszgaru. Ta oaza była jednym z najważniejszych przystanków na Jedwabnym Szlaku. To tutaj karawany odpoczywały i uzupełniały zapasy. Zbierały siły nie na darmo, bo dalsza droga na zachód nie była wcale łatwiejsza. Czekała je wspinaczka i przebycie jednego z najwyższych masywów górskich na świecie: Karakorum. Jak trudna była to przeprawa wystarczy wspomnieć, że wzdłuż drogi znajduje się aż pięć z ośmiu ośmiotysięczników. A najwyższe przełęcze sięgają przeszło 4500 metrów!

Karakorum Highway (w skrócie KKH), bo tak dziś nazywana jest trasa zaczynająca się za Taszkurganem, łączy Chiny i Pakistan. Budowa drogi rozpoczęła się w 1957 roku z inicjatywy obydwu państw. Minęło 27 lat nim ukończono prace, a przy okazji życie straciło setki robotników. (Wikipedia podaje, że dokładnie 810 Pakistańczyków i 82 Chińczyków, głównie w wyniku upadków).Droga jest utwardzana tylko po stronie pakistańskiej, biegnie stromymi zboczami gór, do tego dochodzą jeszcze trudne warunki klimatyczne. To wszystko sprawia, że uważana jest za jedną z najbardziej niebezpiecznych na świecie. I najbardziej malowniczych.

Fundujemy sobie przejażdżkę do granicy i z powrotem, bo chcemy zobaczyć te ośnieżone szczyty. Ale droga nie robi na nas większego wrażenia. Spodziewaliśmy się spektakularnych widoków, ale większe zainteresowanie budzą w nas spotykane zwierzęta. Wielbłądy, kozy, owce, konie, krowy, jaki, osły. Wszystkie z osobna jak i w stadach. Przechodzące przez ulicę, idące ulicą, pijące wodę z jeziora, przechadzające się po stokach, zaganiane przez pasterzy, psy, jeźdźców na koniach. Na każdym kroku.

Po takiej ilości zwierząt nie obcy nam będzie niedzielny targ żywych zwierząt w Kaszgarze, na który tak czekamy :)

Jechać czy nie jechać, oto jest pytanie

Po powrocie zapytany przez innego turystę, czy warto tam jechać odpowiedziałem, że niekoniecznie. Jednak po chwili namysłu stwierdziłem, że jednak warto. W przeciwieństwie do naszej niedawnej wyprawy nad jezioro Tian Chi, gdzie dostaliśmy to czego chcieliśmy, ale nic poza tym, tutaj zabrakło mi tego czego oczekiwałem: mrożących krew w żyłach przełęczy i przepraw oraz związanych z nimi niezapomnianych widoków wysokich gór (takie są podobno po stronie pakistańskiej). Z drugiej strony wszystko inne było zaskakujące w bardzo pozytywny sposób: od noclegu w prawdziwej jurcie po niezliczone stada różnej zwierzyny.

Galeria zdjęć z Karakuli

informacje praktyczne

W tym miejscu znowu nasz przewodnik jest trochę niedokładny w temacie jak tanio wykonać wycieczkę: Kashgar -> Karakuli -> Tashkurgan -> granica z Pakistanem -> Kashgar. Można nietanio: wziąć kierowcę, przewodnika i 4WD, chyba za Y2400.

Dojazd

1. Kaszgar – Jezioro Karakuli (czas przejazdu 5-6h, z przerwą na obiad)
Z Kaszgaru nad jezioro można bez problemu dojechać transportem publicznym. Autobusy odjeżdżają z Dworca Autobusów Dalekobieżnych (to ten w centrum, niedaleko głównego placu). Bilet kosztuje 36 juanów (za osobę). Ale bilety na tę trasę kupuje się trochę w inny sposób. Z wyprzedzeniem można kupić bilety tylko na pierwszy z autobusów wyjeżdżających z Kaszgaru i to tylko dzień wcześniej od którejś godziny popołudniowej (nie wiemy dokładnie od której, podobno 18.00). Na wszystkie pozostałe autobusy nie można kupić biletu z wyprzedzeniem. Trzeba przyjść odpowiednio wcześniej na dworzec i go kupić - uwaga: jest sporo chętnych. Próbowaliśmy kupić poprzedniego dnia, ale mieli tylko jedno miejsce, rano zaś bez problemu już kupiliśmy dwa bilety. Autobus robi dłuższy przystanek na obiad w miejscowości Upal.

2. Jezioro Karakuli - Taszkurgan (czas przejazdu 2h)
Ten odcinek jest problematyczny, bo autobusy w Xinjiang nie zabiorą ani jednego więcej pasażera, aniżeli jest miejsc w autobusie. Niestety trasa Kaszgar-Taszkurgan jest bardzo obłożona i znalezienie miejsca w środku trasy jest praktycznie niemożliwe. Co więcej pierwsze autobusy z Kaszgaru dojeżdżają nad jezioro około godziny 15.00. Jeśli chcielibyśmy jeszcze tego samego dnia pojechać z Taszkurganu na granicę, to czekając na autobus nie byłoby na to szans. Dlatego jeśli nie mamy wynajętego samochodu z kierowcą pozostaje łapanie stopa. Ale uwaga stop w Chinach jest płatny, dlatego zanim wsiądziemy uzgadniamy cenę. Przejazd na tej trasie za pojazd nie powinien przekroczyć Y200 (za dwie osoby).

3. Taszkurgan - granica z Pakistanem (czas przejazdu w dwie strony około 5-6h)
Z Taszkurganu do granicy i z powrotem nie ma transportu publicznego. Dlatego jedyną opcją (oprócz jechania rowerem albo pójścia piechotą), jest znalezienie pojazdu, który nas zawiezie i przywiezie. My w Taszkurganie złapaliśmy taksę. Za wielogodzinną podróż w dwie strony zapłaciliśmy 300 juanów (za dwie osoby). Taksiarz zawozi nas najpierw na posterunek policji, tam trzeba zostawić paszporty, taksiarz też zostawia swój dowód osobisty, a w zamian dostajemy kartkę z permitem – pozwoleniem na zbliżenie się do granicy. Potem tę kartkę zabierają strażnicy na granicy, a paszporty odbieramy po powrocie. Permit jest darmowy.

4. Taszkurgan - Kaszgar (czas przejazdu: 6h, brak postojów)
Na tym odcinku znów można skorzystać z transportu publicznego. Trzeba przyjść na dworzec autobusowy o 8:00 rano (czas pekiński), wtedy teoretycznie otwierane są kasy. W praktyce otworzyli je dopiero przed 9:00, ale trzeba być wcześniej żeby zająć kolejkę. Próbowaliśmy też kupić bilety dzień wcześniej, ale kazano nam przyjść jutro. Autobusy odjeżdżają po 9:00 rano. Koszt: 51 juanów od osoby.

Cały ten proces może wyglądać łatwiej, jeśli zacznie się podróż w poniedziałek. Wtedy na trasę rusza najwięcej turystów (zaraz po niedzielno-zwierzęcym markecie w Kaszgarze, drugi powód to poniedziałkowy market w Upal , tam gdzie jemy obiad na trasie autobusu). Prawdopodobnie łatwiej wtedy o złapanie stopa, ale pewnie jeszcze trudniej o miejsce w autobusie. My ruszyliśmy w środę.

Nocleg

Nad jeziorem Karakuli: W grę wchodzi tylko jurta, oficjalna albo u miejscowych. Jak tylko wysiądziemy z autobusu (naprzeciwko „bramy” do jeziora), oblegnie nas gromada dzieciaków oferujących nocleg. Wszystkie w tej samej cenie: 50 juanów od osoby w tym posiłki, herbata i niezapomniane chwile. A jak ktoś woli oficjalnie, to za bramą jest pięć jurt ustawionych w rządku. Ominęliśmy szerokim łukiem ten odcinek jeziora...

Taszkurgan: Nie powinno być problemu, w miasteczku jest wiele hoteli, a w okolicy dworca autobusowego są co najmniej dwa. Typowego hostelu nie widzieliśmy, ale podobno jest i nazywa się N37 Youth Hostel.