Czy leci z nami tajniak?

autor: Monia

data: 2012-07-19T23:50:37.000Z

It’s not only an airline, it’s Israel

W wolnym tłumaczeniu: to coś więcej niż linia lotnicza, to Izrael

Slogan reklamowy izraelskich linii lotniczych El Al mówi chyba wszystko. Decydując się na ten lot chodziło nam nie tylko o atrakcyjną cenę. Ciocia Wiki doniosła, że linie te posiadają jedyny w swoim rodzaju system zapewniania bezpieczeństwa przelotu i w samolotach zawsze znajdują się tajni agenci uzbrojeni w broń palną. I jeszcze, że od 2002 rozpoczęto wyposażanie wszystkich samolotów El Al w systemy antyrakietowe, kokpity mają podwójne drzwi, które uniemożliwiają wejście osobom nieupoważnionym, a podłoga pokładu pasażerskiego jest wykonana z hartowanej stali, co chroni pasażerów przed wybuchem w luku bagażowym.

Opis jak z filmów o Bondzie mógł nas tylko zachęcić. Poszukaliśmy jeszcze trochę informacji i okazało się, że na forach internetowych, ale też wśród bliższych i dalszych znajomych, krążą legendy o bardzo szczegółowej, rygorystycznej i jednocześnie upierdliwej kontroli fundowanej pasażerom.

I co się okazało?

Stawiliśmy się na lotnisku wskazane 3h przed odlotem. Przy bramkach El Al ani żywej duszy. Dopiero po kilkudziesięciu minutach pojawia się obsługa. Stajemy w pobliżu, by zająć dobre miejsce w ewentualnej kolejce. Nasza obecność nie pozostaje niezauważona. Jakiś tajniak w garniturze i słuchawką w uchu pyta jakby od niechcenia „Flight to Tel Aviv?”. No wiadomo, jak nie Tel Aviv, to nie plątać się tu.

Pogaduchy

Po chwili formułuje się kolejka. Pojawia się też kilka stolików, może z 5 czy 7. Przy każdym pracownik El Al, który przeprowadza krótką rozmowę z pasażerami. Jesteśmy poproszeni razem. Generalnie wszystkie pary, rodziny czy mniejsze grupy są przepytywane razem. Średnio przyjemna, ale konkretna kobitka zadaje nam kilka pytań: skąd przyjechaliśmy na lotnisko, kim dla siebie jesteśmy, czy jesteśmy parą i od jak dawna, czy mieszkamy razem i od jak dawna, czy ktoś dawał nam prezenty, pożyczał coś, kto pakował bagaż, czy cały czas pod naszą opieką, czy na lotnisku nie zostawialiśmy go bez opieki, czy w Tel Avivie wychodzimy z lotniska.Trwa to może z 4 minuty. Uff, udało się... Puszczają nas dalej.

Wypakowujemy bagaż

Teraz już oddzielnie idziemy do kontroli bagażu. Nie ma to tamto, od razu trzeba praktycznie wszystko wyjąć i mówić a co to, a po co, a dlaczego. Ale idzie szybko i sprawnie. Pocierają wszystko taką śmieszną maszynką przypominającą trochę szczotkę do mycia naczyń. Ucięłam sobie pogawędkę z moją panią od bagażu, która powiedziała, że w zależności jak się ustawi maszynę od szczotki może wykrywać materiały wybuchowe, radioaktywne lub inne szkodliwe substancje.

A to wszystko pod okiem strażników z bronią i psami, ale generalnie nie ma się wrażenia jakiejś nadzwyczajnej kontroli, o wiele mniej pewnie czułam się podczas trzepania pociągu na granicy rosyjsko – mongolskiej...

W Tel Avivie czeka na nas urzędniczka, która wyłapywała z tłumu wszystkie osoby lecące tranzytem, zaprowadziła nas do strefy wolnocłowej i kazała tam czekać na samolot. Dobrze, że nie postanowiła siedzieć z nami przez te 6,5h...

Z tego wszystkiego poszliśmy się posilić. Kto rozszyfruje co jedliśmy?

Czy nasz samolot rzeczywiście miał system antyrakietowy, kokpity podwójne drzwi, a podłoga była zrobiona z hartowanej stali? No raczej się nie dowiemy. Za to dostaliśmy koszerne jedzenie, ohydne, ale nie byle jakie, bo z certyfikatem koszerności (sic!). Można było też przekazać datek na rzecz biednych żydowskich dzieci, czego nie zrobiliśmy. I tylko jednego jesteśmy pewni. Koleś, który siedział koło nas musiał być tajniakiem!