Historia pewnego wolontariatu

autor: Monia

data: 2013-01-20T15:04:49.000Z

W drodze

Wylatujemy z Kalkuty przed 22:00, w Bangkoku jesteśmy około 1:40 miejscowego czasu. Na wpół śpiąc przechodzimy wszystkie formalności, odbieramy bagaż. Jest środek nocy i niewiele do nas dociera. Nie zostajemy teraz w Tajlandii, chcemy jak najszybciej dostać się do Kambodży. Plan jest taki, żeby zaczekać na lotnisku do rana, a potem znaleźć autobus w stronę granicy. Podobno o 6:40 z lotniska jedzie autobus do miasta Trat. Ale do 6:40 jeszcze kilka godzin. Znajdujemy więc ciche miejsce w poczekalni i idziemy spać. Na dmuchanym materacu, w śpiworku, jest tu o wiele przyjemniej i wygodniej niż w naszym ostatnim hostelu w Kalkucie...

Autobus o 6:40 okazuje się nie istnieć, jest za to autobus o 7:40, który pojawia się o 8.20…Co z tego, że spóźniony, skoro ma fotele rozkładane niemal do pozycji leżącej! Oczywiście od razu zasypiamy i budzimy się dopiero kilka godzin później, gdy jesteśmy już na miejscu. Szybka przesiadka na busika jadącego do granicy i kolejne 1,5 godziny później opuszczamy Tajlandię.

W końcu na miejscu

Późnym popołudniem dojeżdżamy na miejsce. Wioska Andong Teuk, około dwóch godzin drogi od granicy z Tajlandią. To tu mamy pomagać w małym projekcie. Nie wiele wiemy o tym miejscu, tylko tyle, że wolontariusze uczą tu dzieci angielskiego, pomagają w prowadzeniu ekologicznej farmy, organizują dla dzieciaków dodatkowe atrakcje. Naszym zadaniem będzie pomaganie we wszystkim po trochu. Przynajmniej tak nam się wydaje...

Trafiamy akurat na sam środek lekcji. Nie bardzo mamy okazję podpatrzeć „kolegów po fachu”, bo Nacebelase, 17 – letni Kambodżańczyk tu mieszkający i pracujący, zabiera nas na oprowadzanie po terenie szkoły. Szczerze mówiąc, to ostatnia rzecz, na którą mamy teraz ochotę. Najchętniej wzięlibyśmy prysznic i poszli spać. No ale nie wypada. Poza tym wygląda na to, że nie bardzo wiadomo gdzie mamy spać...

Pierwsze obserwacje

Tak zwana szkoła to nic innego jak drewniany budynek na palach, przypominający nasze szopy. W środku są cztery pomieszczenia, trzy z nich służą za sypialnie dla wolontariuszy, czwarte to biuro. Z tyłu dobudowane są jeszcze 3 pokoje. W pokojach nie ma nic poza materacem na podłodze i moskitierą. Do tego trochę prywatnych rzeczy właścicieli terenu. Na zewnątrz, pod dachem, są trzy klasy szkolne. W każdej kilka skleconych z desek ławek i biurek plus tablica do pisania.

Na podwórku jest jeszcze drugi budynek, podzielony na dwie części. Jedna z nich to kuchnia, druga to łazienka. Wyczerpani marzymy o ciepłym prysznicu. Ale wszystko co tutaj możemy dostać to miska i zimna woda. Za to po ostatnich zajęciach czeka na nas smaczna i syta kolacja, którą jemy razem z pozostałymi wolontariuszami i menadżerem, Sopheapem.

Pierwsze wrażenia

Jesteśmy zaskoczeni sporą ilością wolontariuszy. Z nadzieją liczyliśmy na jedną, dwie osoby, „z zachodu”, żeby było od kogo zbierać dobre rady. Tymczasem oprócz nas jest jeszcze 7 innych wolontariuszy. Po kolacji uczestniczymy w zebraniu. Z założenia każdy ma streścić co robił z dzieciakami w zeszłym tygodniu. Wszystkie relacje wędrują do zeszytu, tak aby przyszli wolontariusze wiedzieli, co działo się przed ich przyjazdem i co powinni robić. Na spotkaniu panuje jednak jeden wielki chaos, większość , z menadżerem na czele, jest bardziej zainteresowana zakupem whisky i piwa niż omówieniem bieżących działań. Nie ma żadnego planu, schematu prowadzenia sprawozdań z lekcji, więc jak potem zerkam do notatek to widzę jedną wielką plątaninę zdań, z której nic nie wynika…

Pierwsza noc, pierwszy dzień

Dramat. W wyniku jakiegoś niedopatrzenia wszyscy myśleli, że przyjedziemy jutro. Choć w mailu wyraźnie napisałam, że przyjedziemy w piątek wieczorem…Efekt jest taki, że nie ma wolnego pokoju i lądujemy na podłodze w biurze. Noc na dmuchanych materacach nie należy do najprzyjemniejszych. Mimo zmęczenia ciągle się budzimy. Rano jesteśmy jeszcze bardziej wymęczeni i jedyne o czym myślimy, to dostać w końcu pokój, w którym będziemy mogli odpocząć po podróży. Dwójka izraelskich wolontariuszy, która miała wyjechać rano, zmienia jednak plany i zostają na kolejne dwa dni. Choć izraelska para jest bardzo sympatyczna, to jednak nie cieszy nas to, bo nadal nie mamy pokoju, a nie uśmiecha nam się spać kolejną noc na podłodze w biurze.

Realia

Jest sobota, nie ma zajęć, każdy zajmuje się swoimi sprawami. To też nas zaskakuje, bo z opisów projektu wynikało, że weekend to czas na prace w ogrodzie i dodatkowe zajęcia dla dzieci. Okazuje się jednak, że nic takiego tutaj się nie odbywa. Czekamy zatem aż ktoś się nami zajmie, powie co mamy tu właściwie robić. Sopheap, menadżer gdzieś znikł. Rolę zarządzających wydaję się pełnić niemiecka para, Jana i Koyla. Są tu od ponad pięciu tygodni i chyba samozwańczo przejęli kontrolę nad tym miejscem. To oni nam opowiadają o życiu w projekcie, prowadzonych zajęciach i tym, czym mamy się tu zająć. Pierwszy raz wyraźnie okazuje się, że jedyną opcją jest uczenie dzieci angielskiego. Inne rzeczy, o których czytaliśmy, jak prace w ogrodzie czy zajęcia sportowe i komputerowe dla dzieci (na co liczył Fryderyk), w ogóle tu nie istnieją. Nie jest to dobra wiadomość, bo nie czujemy się na tyle pewnie z naszym angielskim żeby prowadzić lekcje. W dodatku nie ma tu nikogo z doświadczeniem, kto mógłby coś podpowiedzieć. Inni wolontariusze, jak się okazuje, też nigdy nie uczyli. Są tu na 2-3 tygodnie, próbują jakoś odnaleźć się w tym co dzieci umieją, a czego nie. Podobno lekcje angielskiego są tu prowadzone już od trzech lat. Ale odnajdujemy tylko szczątkowe zapiski z ostatnich miesięcy i to w dodatku dotyczące tylko niektórych grup. Nie wiemy co mamy robić, jak uczyć, czego uczyć. Wygląda na to, że każdy kolejny wolontariusz ma swój plan. A po kilku tygodniach wyjeżdża i przyjeżdża kolejny ze swoim planem. Jedyne co udało nam się ustalić, to że pierwsze kilka dni będziemy jedynie obserwować. Lekcje mamy przejąć dopiero po wyjeździe niemieckiej pary, czyli w czwartek.

Jest sobota, jesteśmy tu od kilkudziesięciu godzin i już chcemy uciekać! Z pewnością byśmy tak zrobili, gdyby nie fakt, że wczoraj, zaraz po przyjeździe zapłaciliśmy za zakwaterowanie i wyżywienie na kolejne trzy tygodnie... Poza tym winą za nasze negatywne odczucia obarczamy też zmęczenie i przeziębienie. Po południu dostajemy pokój, bardzo wcześnie idziemy spać. Jak w końcu wypoczniemy, z pewnością spojrzymy inaczej na to miejsce.

Kiepski początek

W niedzielę wybieramy się z pozostałymi wolontariuszami na wycieczkę łódką w górę rzeki. Niemiecka para była już wcześniej w tym miejscu i to oni nas namawiają na wspólny wypad. Jeszcze wczoraj nasz menadżer zorganizował nam łódkę, za którą po podzieleniu kosztów na wszystkich, płacimy jakieś grosze. Ale dziś okazuje się, że łódka jest troszkę mała. Jest nas dziewięć osób, siedzimy zgnieceni jak sardynki w puszcze. Mam wrażenie, że wystarczy mocniej się przechylić, a łódka się wywróci. Mam spore wątpliwości co do naszego bezpieczeństwa, ale reszta nie wydaje się podzielać moich obaw. Ruszamy więc i po kilkunastu minutach jest nawet całkiem przyjemnie. Płyniemy dość szeroką rzeką, na obydwu brzegach widzimy pojedyncze zabudowania. Słyszymy nawet odgłosy wydawane przez makaki zamieszkujące okoliczne lasy.

Po około godzinie, mniej więcej w połowie drogi, łódka zaczyna nabierać sporo wody. Próbujemy ją wylewać, każdy czym się da. Ale jesteśmy tak ciasno upchani jeden obok drugiego, że tylko siedzący na dziobie Igor ze Słowenii i Fryderyk mają jakąś przestrzeń do ruchu. Nacebelase, nasz kierowca, chce przybić do brzegu, ale są tu tylko drzewa, o zejściu na ląd nie ma mowy. Łapiemy się więc gałęzi i dalej wylewamy wodę. Nagle z naprzeciwka płynie trochę większa łódka z trójką turystów. Machamy do nich i wołamy, żeby podpłynęli. A oni…odmachują nam wesoło…Myślą, że się z nimi witamy…Już nas prawie mijają, krzyczymy do nich, próbujemy przekrzyczeć hałas silnika, ale bez skutku. W końcu Nacebelasowi udaje się dogadać z kierowcą tamtej łódki. Podpływają do nas i po kilku minutach zastanawiania się co właściwie możemy zrobić, część naszej ekipy przesiada się do tamtej łódki. Wracamy wszyscy do wioski. Chcemy wziąć inną, większą łódkę, odpowiedną dla takiej ilości osób. Ale żadnych łódek nie ma, wszystkie wypłynęły już łowić ryby. Jedyną opcją jest rezygnacja z wycieczki. Oczywiście oznacza to stratę pieniędzy.

Rozmawiamy z naszym menadżerem, który wynajął dla nas łódkę, ale dla niego sytuacja jest prosta. To my zrezygnowaliśmy z dalszej wycieczki, więc żadne pieniądze nam się nie należą. A to, że zrezygnowaliśmy bo zaczęliśmy tonąć…No cóż, w Kambodży takie szczegóły się nie liczą. Tłumaczymy mu, że zużyliśmy tylko jedną czwartą paliwa, za które zapłaciliśmy, chcemy więc wynająć inną łódkę i zabrać tamto paliwo. Oczywiście nie wchodzi to w grę. Sopheap mówi wprost, że nie pomoże nam załatwić tej sprawy z właścicielami łódek, bo nie ma zamiaru wpadać w konflikty z miejscowymi. Tylko że, to on wynajął nam za małą łódkę, a dobrze wiedział ile osób będzie płynęło... Nie podoba nam się cała ta sytuacja. I nie chodzi o pieniądze, bo to jakieś kilkanaście złotych, które straciliśmy, ale chodzi o zasady. A zasady tu są takie, że jak raz zapłacisz to już nigdy nie odzyskasz pieniędzy.

Początki

W poniedziałek i wtorek obserwujemy pierwsze lekcje. Wszystkie dzieci są na bardzo niskim poziomie. Paradoksalnie cieszy nas to, bo nasza znajomość angielskiego jest wystarczająca do poprowadzenia tych lekcji. Z drugiej strony znów zadajemy sobie pytanie, jeśli te dzieci przychodzą tu od trzech lat i ledwo są w stanie się przedstawić to jaki jest sens prowadzenia lekcji?

W środę mam pierwszą styczność z dzieciakami. Koyla, wolontariusz z Niemiec, ma dziś ostatnią lekcję, ja dostaję ostatnie 15 minut na przedstawienie się i zagranie w grę. Dzieciaki są super, widać, że chcą tu być, i choć wciąż rozmawiają i ani przez moment nie panuje cisza, to jednak praca z nimi jest przyjemna. Te kilka minut bardzo mnie motywuje i wieczorem z przyjemnością przygotowuję się do jutrzejszych zajęć.

Potem jednak mamy spotkanie z Sopheapem, menadżerem. I wystarczy kilka minut by znów wróciły myśli o jak najszybszej ucieczce stąd. Wspólnie z innymi wolontariuszami proponujemy kilka zmian w organizacji. Na razie wygląda to tak, że co 2-3 tygodnie dzieciaki mają nowego nauczyciela, który realizuje nowe pomysły. Każdy z nas może robić na zajęciach co nam się podoba, nikt tego nie weryfikuje, nie sprawdza. Wszyscy zgadzamy się co do tego, że powinien istnieć długofalowy plan uczenia poszczególnych klas, tak aby kolejni wolontariusze mogli kontynuować program, a nie wciąż wszystko powtarzać, zaczynać od nowa i zmieniać po swoich poprzednikach. Sopheap jest jednak wyraźnie znudzony naszymi obserwacjami i pomysłami. Wydaje się nie widzieć problemu, nie rozumieć o co nam właściwie chodzi. Myślę sobie, że nie my pierwsi proponujemy rozwiązania i zmiany. Przy takiej ilości i częstotliwości zmieniających się wolontariuszy pomysłów było już zapewne nie mało. Ale skoro Sopheap nie widzi problemu, to szanse na zmianę czegokolwiek są marne.

Jeszcze jeden znak zapytania

Następnego dnia z rana idziemy na lokalny targ. Uderza nas ilość śmieci. Wszędzie. Wzdłuż drogi, za straganami, wokół domów. I niby nic w tym dziwnego, to normalny widok w Azji. Ale podobno projekt, w którym jesteśmy, promuje recykling i troskę o środowisko naturalne. Zastanawiam się czy nasz menadżer w ogóle współpracuje z kimś w tej wiosce. I na czym polega promowanie segregacji śmieci i tym podobnych kwestii. Bo efektów niestety nie widać.

Dzieciaki fajne są

W połowie tygodnia mamy pierwsze lekcje. Na początek zajęcia z dzieciakami w wieku mniej więcej 11- 13 lat. Przychodzą codziennie na 8.00 rano, przed zajęciami w szkole państwowej. Te zajęcia prowadzimy razem z Fryderykiem. Choć dzieci jest mało, najwyżej 5-6 osób, to jednak są tak rozbrykane, że jedna osoba musiałaby cały czas tylko je uspokajać. Dzieciaki są super, choć nie bardzo wiemy czego i jak ich uczyć, to jakoś idzie.

Po południu dołączam do zajęć z przedszkolakami. Te są o dziwo trudniejsze, bo o wiele bardziej trzeba się starać żeby przyciągnąć ich uwagę. Nie ma tu jednak wielkiej filozofii, bo dzieciaki chcą się głównie bawić i przytulać. W przypadku tej klasy istnieje nawet stworzony przez poprzednich wolontariuszy plan nauczania. Wystarczy go kontynuować. Fryderyk w tym samym czasie obserwuje drugą grupę przedszkolaków. W weekend wyjeżdża Catherine z UK i wygląda na to, że jej miejsce zajmie właśnie Fryderyk. Wieczorem Fryderyk uczestniczy jeszcze w zajęciach z konwersacji, ja zaś mam ostatnią grupę, dzieciaki w wieku 15-16 lat. Strasznie fajne zajęcia, choć całą lekcję zajmuje mi powtórka liczb od 1 do 100. I znów kończę dzień pełna pozytywnych myśli i planów.

Prawdziwi wolontariusze

Menadżerem tego miejsca jest Sopheap, około trzydziestokilkuletni Kambodzańczyk. Teren należy jednak do mieszkającej tu rodziny, matki i trójki jej dzieci. 18- letnia Kanya i 17 -letni Nacebelase pracują w projekcie, a raczej są wolontariuszami, bo wątpię by dostawiali jakieś pieniądze. Kanya chodzi do szkoły średniej, codziennie przed lekcjami idzie na market kupić produkty na nasz obiad i kolację. Między lekcjami gotuje nam obiad, a wieczorem kolację. Prowadzi też codziennie jedne zajęcia dla starszych dzieciaków, rano pomaga w zajęciach dla przedszkolaków jako tłumaczka. Wiecznie zmęczona, wiecznie niewyspana, ale zawsze uśmiechnięta i pomocna. Szkoda mi tej dziewczyny, bo jedyna przyszłość jaka ją czeka to dalsza praca w tym projekcie. Nie ma co liczyć, że pójdzie na studia, choć bardzo by chciała. Jej matka nawet nie bardzo się zgadza, żeby miała chłopaka. Całe jej życie wydaje się kręcić wokół projektu. Raczej marne ma szanse, żeby cokolwiek zmienić. Jest to tym bardziej smutne, że dziesiątki wolontariuszy z całego świata przyjeżdżają i wyjeżdżają co kilkanaście dni, a ona zostaje. My się pobawimy trochę w zbawianie świata i znikamy. A tam nic tak naprawdę się nie zmienia.

Nacebelase ciągle ma nadzieję, że pójdzie na studia. Strasznie fajny chłopak. Pracowity, pomocny, zawsze uśmiechnięty. Choć też lekko mu nie jest. Szkoła, do tego praca przy projekcie. Zawsze do usług każdego z nas. Jeszcze dwa lata szkoły średniej przed nim. Potem chciałby iść na studia. Ale nie w Kambodży, mówi o Tajlandii, ale może nawet UK... Przykro słuchać jego planów, bo dobrze wiemy, że tak jak Kanya, będzie musiał zostać tu, w wiosce.

Ostatnie próby

Zajęcia z dzieciakami są fajne. Dają dużo pozytywnej energii i motywacji. Ale między zajęciami udziela nam się jakaś frustrująca atmosfera tego miejsca. Trudno mówić tu o jakimś pozytywnym duchu. A już na pewno trudno mieć wrażenie, że robi się coś dobrego, ważnego. Całe to miejsce jest dziwne. Działa jakby samo dla siebie. Bez żadnej współpracy z mieszkańcami wioski. Zastanawiamy się, gdzie idą pieniądze, które wpłacają wolontariusze. W teorii mają pokryć koszty zakwaterowania, jedzenia, elektryczności , wody, reszta zaś na materiały do nauczania i utrzymanie tego miejsca. Ale wystarczy szybka kalkulacja i rozejrzenie się dookoła by mieć poważne wątpliwości. Jesteśmy niemal pewni, że spora część pieniędzy wpłacanych przez wolontariuszy wędruje do czyjejś kieszeni. Wszystkie tłumaczenia Sopheapa w tym temacie są niezwykle pokrętne. Piątkowe spotkanie wyprowadza mnie z równowagi, bo jedyna kwestia interesująca naszego menadżera to właśnie pieniądze. Lekcje angielskiego dla dzieci wydają się w tym wszystkim być tylko efektem ubocznym…To naprawdę nam się już nie podoba...

To by było na tyle

Budzimy się około 7:00 rano. Pierwsza wymiana zdań: -Chcesz stąd jechać?, pytam. –Tak., bez wahania odpowiada Fryderyk. Chwilę jeszcze się zastanawiamy, ale właściwie nie mamy żadnych wątpliwości. Nie chcemy dłużej tu być. Nie podoba nam się, w jaki sposób to miejsce jest zarządzane. Nie podoba nam się niejasna sytuacja finansowa. Nie chcemy wspierać miejsca, co do uczciwości którego mamy poważne zastrzeżenia.

Zaczynamy się pakować, międzyczasie informuję Sopheapa, że wyjeżdżamy. Nie wydaje się zasmucony, pyta tylko co nam się nie podoba. Gdy mówię o moich zastrzeżeniach co do sposobu funkcjonowania, tego miejsca, tłumaczy, że to Azja. Że w Azji tak to działa. No cóż, może dla innych jest to wytłumaczenie. Dla mnie nie. „Tak jest i już” nie jest dla mnie argumentem. Jeśli coś działa źle, to trzeba to zmieniać na lepsze, a nie zadawalać się minimum. Takie jest moje podejście.

Na koniec prosimy Sopheapa o zwrot części pieniędzy za pozostałe dwa tygodnie. Nie jest to wielka kwota. Gdybyśmy w tym czasie podróżowali tak jak dotychczas, wydalibyśmy dużo więcej. Ale nie chcemy wspiera ć finansowo tego miejsca. No i dowiadujemy się, że nie możemy dostać pieniędzy z powrotem, bo zostały już rozdysponowane. Sopheap tłumaczy się pokrętnie, w końcu przyciśnięty do ściany, mówi, że żeby prowadzić ten projekt, musi płacić łapówki. Wcale nie jesteśmy zaskoczeni. Od początku właśnie tak to wyglądało, jak jakiś jeden wielki układzik. Tym bardziej nie chcemy tego wspierać, ani być tu ani chwili dłużej. Po dość burzliwej wymianie zdań udaje nam się odzyskać część pieniędzy i z ulgą wyjeżdżamy.

Pozostaje pytanie czy godzić się na mniejsze zło, iść na kompromisy czy być wiernym zasadom?