Emigranci z przypadku

autor: Monika

data: 2015-02-28T14:34:16.000Z

Nigdy wcześniej nie byliśmy w Londynie. Nie był na naszej liście do zamieszkania, ani nawet odwiedzenia. Przed przeprowadzką wiedzieliśmy o nim mało, teraz mogę nawet powiedzieć, że nic nie wiedzieliśmy.

Gdy wyjeżdżaliśmy w naszą podróż w 2012 roku, zostawialiśmy za sobą spokojne i wygodne życie w Warszawie. Mieliśmy dobre prace, możliwości rozwoju (przynajmniej takie mieliśmy poczucie) i właściwie żadnej potrzeby emigracji w celach zarobkowych. Chcieliśmy zwiedzać świat, ale żyć chcieliśmy w Warszawie. W głowach mieliśmy jeszcze wizję zostania w Australii, ale bez wizy pracowniczej nie było o czym marzyć.

Gdy po roku w drodze zaczęliśmy myśleć o powrocie, Warszawa była oczywistą oczywistością. Tęskniliśmy za naszą małą stabilizacją i właściwie odliczaliśmy dni (a raczej miesiące) do powrotu. W Warszawie nie czekała na nas żadna praca, ale mieliśmy trochę oszczędności, miało starczyć na trzy miesiące. Byliśmy pewni, że szybko cos znajdziemy.

I wtedy pojawił się Londyn. Bo takie bilety były najtańsze. Najpierw miał to być tylko przystanek w drodze do domu. Mieliśmy odwiedzić kolegę, który wyemigrował do Londynu kilku miesięcy wcześniej. Kolega zawodowo zajmuje się mniej więcej tym samym co Fryderyk. No i kolega przekazał kontakt do headhunterki. A Fryderyk z ciekawości zupełnie i bez namysłu większego wysłał do niej swoje CV. Od tego momentu nic nie było już tak jak zaplanowaliśmy…

Lola, bo tak na imię jest owej headhunterce, odzwoniła w pięć minut od dostania CV. Okazała się być niezwykle energiczną osobą, która od początku zabrała się ostro do roboty. Nie będziemy tu zanudzać szczegółami z całego procesu, ale pamiętajcie, że byliśmy wciąż w Australii. Czyli mieszkanie w samochodzie, na bezpłatnych kempingach, bez bieżącego dostępu do prądu czy Internetu, bo poza miastami nie ma sieci, nie ma prądu, nie ma Wi-Fi. No i jest 10 godzin różnicy do Europy. Nigdy nie zapomnę tych setek kilometrów przejechanych w poszukiwaniu zasięgu żeby oddzwonić do UK. Tej walki o dostęp do prądu i Internetu żeby Fryderyk mógł poprawić CV albo wysłać maila…

Gdy wylatywaliśmy z Australii Fryderyk miał już umówione cztery rozmowy kwalifikacyjne w Londynie. Do Polski wróciliśmy w sobotę, a już w poniedziałek wiedział, że ma pracę. Czyli że przeprowadzamy się do Londynu...

Mieliśmy miesiąc żeby nacieszyć się powrotem i ogarnąć nieplanowaną emigrację. To wszystko potoczyło się tak szybko, że nawet nie zdążyliśmy się nad tym zastanowić. W Londynie na początek zatrzymaliśmy się u kolegi, tego samego, który przyczynił się do całego zamieszania. Nasze oszczędności, które miały zapewnić trzy miesiące życia w Warszawie tutaj topniały w oczach. Ledwo starczyło nam do pierwszej wypłaty i gdyby nie Przemek nie mielibyśmy za co żyć. Po dwóch miesiącach i ostrym zaciskaniu pasa wynajęliśmy własne mieszkanie. Nasza przygoda z Londynem zaczęła się na poważnie.

Czy żałujemy? Nie, ale nie mieliśmy pojęcia w co się pakujemy. Żyje się tu inaczej niż w Warszawie, dalecy jesteśmy od zachwycania się Londynem i na pewno nie jest to nasze docelowe miejsce. Ale żyje się wygodnie, z możliwościami, z perspektywami, o których wcześniej nawet nie myśleliśmy.

Oczywiście rozmawiamy czasem o powrocie, ale wtedy od razu nasuwają się pytania. Czy nie będziemy żałować? Czy jesteśmy w stanie zrezygnować z tego wszystkiego co oferuje Londyn? Czy to za czym tęsknimy jeszcze istnieje?

A może tkwimy w błędnym przekonaniu? Może w Polsce byłoby nam równie dobrze? Póki co boimy się zaryzykować. To już 1,5 roku.

Notting Hill London