Na drodze do Chivay

autor: Monia

data: 2009-03-15T23:43:25.000Z

Do Chivay z Arequipy ruszamy ok. 14.00. Czeka nas ponad 3 godziny drogi. Amatorom kładów zdecydowanie polecam taką przejażdżkę. Za jedyne 12 soli, czyli ok 13-14 złotych można się nieźle wytelepać na peruwiańskich wertepach. I choć droga nie jest przyjemna, widoki powalają.

Walka z soroche

Gdy wjeżdżamy coraz wyżej pojawiają się pierwsze objawy choroby wysokościowej. Wszystko widzę potrójnie. Przez moment jedziemy na blisko 5.000 m n.p.m. Nie wiem co bardziej mnie boli, czy tyłek od podskakiwania na fotelu, żołądek, który nie wie, co się dzieje, czy głowa, która nie łapie się w wysokościach. Zdecydowanie złapało mnie osławione el soroche, czyli typowa dla tego regionu choroba wysokościowa. Podobno ze względu na wyjątkowo suche powietrze, choroba wysokościowa w tej części świata jest szczególnie upierdliwa. Niby nic groźnego, ale przyjemne to to nie jest

W końcu jednak dojeżdżamy. Na dworcu od razu dostajemy kilka propozycji noclegu. Bierzemy pokój za 20 soli za 3 osoby. Za drugie tyle wykupujemy śniadanie o 6.00 rano, żeby zdążyć na autobus, którym o 7.00 wyruszymy na kondory. Tego dnia nie udaje nam się już nic w Chivay zobaczyć, bo o 18.00 zapada tu mrok, a miasteczko nie jest oświetlana, więc poruszanie się jest mocno utrudnione. Nie jest też łatwo zasnąć. 3600m n.p.m. robi swoje. Jest chyba ze 20 stopni zimniej niż w ciągu dnia, głowa pęka, a żołądek wariuje.