Iquitos - dotarliśmy!!!

autor: Monia

data: 2009-04-19T04:00:00.000Z

Ponad 21 godzin w autobusie z Cuzco do Limy, 2 godziny przerwy w Limie, kolejne 24 godziny w autobusie z Limy do Pucallpy, ulewa, hostel z grzybem na ścianach i smrodem pleśni i w końcu statek do Iquitos.

Wypłynięcia prób kilka

A na statku... wsiadamy przed 9.00 rano, odpływać ma podobno o 15.00, wiec nie jest źle. Kupujemy hamaki, oczywiście przepłacamy, bo można było na rynku kupić taniej, ale cóż, trzeba szybko zająć miejscówe na pokładzie ;) Trzech gości od których kupiliśmy hamaki pomaga nam przymocować je na rurkach biegnących pod sufitem. Zostawiamy sobie spore odstępy, sądząc, że już niewiele osób wsiądzie. Chowamy bagaże do schowka, jedziemy na obiad, wracamy a tu… niespodzianka. Trochę się zagęściło ;) Ale minimum potrzebne do życia nadal mamy. Zalegamy na swoich hamakach i czekamy. I czekamy. I czekamy. A kolejni ludzie wsiadają. Na statku jest już chyba z tona mandarynek, pomarańczy, ziemniaków, bananów, jakieś beczki metalowe, ciężarówka (sic!), motocykl, motoriksza, kury i miliard innych rzeczy, których istnienia możemy się tylko domyślać. A my czekamy. Robi się ciemno, odbijamy od brzegu, wracamy, odbijamy, wracamy. I w końcu...noc. Nigdzie nie płyniemy.

Od śniadania do obiadu czyli jak mija dzień

Rano budzi mnie ogólny rozgardiasz. Jakieś rozmowy, jakaś muzyka, jakiś ruch. Ale taki w sumie ruch w bezruchu. Nikt nie rusza się dalej niż na długość i szerokość swojego hamaka. Można ewentualnie zwiesić nogi nad podłogą. Nagle łup! Raz, drugi, trzeci. I jak nie ruszą! Szybko trzeba wyskoczyć z hamaka, odnaleźć w tysiącach rzeczy tę jedną jedyną teraz najważniejszą i ustawić się w kolejeczkę. Oto czas śniadania. Czy też obiadu. I kolacji. Jak zauważyliśmy jeszcze przed wypłynięciem rytm życia na statku wyznaczają posiłki. Za każdym razem ten sam rytuał. O 7.00, 14.00 i 19.00 kucharz wali ogromnym tasakiem o drewniany pseudoblat. Na te kilkanaście minut ludzie wyrywają się ze statkowego marazmu, opuszczają swoje legowiska by zdobyć jedzenie, jedzą je na ławce pod oknem, dzieląc się z rzeką tym co niejadalne, potem ustawiają się w kolejce do zlewu by opłukać miskę i znów wracają do hamaków.

Spania w hamaku trudna sztuka

Tego dnia na statek wsiadł jeszcze byk. I towar z kolejnych trzech ciężarówek. Ale ok. 11.00 w końcu wypłynęliśmy. Po nocy w hamaku byliśmy trochę, hmm, powykręcani…To jednak nie to samo co wylegiwanie się w kojącym cieniu palm i popijanie chłodnych drinków…No można poleżeć godzinę, dwie. Można nawet przysnąć na chwilę. Ale spać całą noc? Nogi masz wyżej niż głowę, pupa niemal dotyka podłogi, każda nieuważna zmiana pozycji to potencjalna wywrotka, nie mówiąc już o spaniu na boku - to jest niemal niewykonalne. No ale kochani, praktyka czyni mistrza! No i od mistrza trzeba się uczyć! Zatem podglądamy peruwiańskich sąsiadów, ćwiczymy kolejne pozycje i w końcu nasze ciała przyzwyczajone do pozycji horyzontalnej godzą się na kompromis i zasypiają z tą głową niżej od nóg i pupą opadającą na podłogę.

Statkowe atrakcje

Gdy nie śpimy to: słuchamy disco-latino, bo jakaś rodzinka słucha tego na cały regulator gdzieś przy wejściu, więc cała reszta też musi słuchać, patrzymy na małe, brudne dzieciaki pełzające po pokładzie pod hamakami, rozrzucające jedzenie gdzie popadnie, polewające to wodą, robiące papkę i sikające koło naszych rzeczy, bo rodzice są zajęci leżeniem w hamakach, słuchamy płaczu tych albo innych dzieci, bo płaczą cały czas, na zmianę, no i czekamy aż statek przybije gdzieś do brzegu. Taka wioska, w której zatrzymujemy się na kilkanaście minut to nie lada atrakcja. Coś wyładowują albo załadowują, ludzie wsiadają albo wysiadają, jedne hamaki znikają i pojawiają się nowe a małe dzieci sprzedają dosłownie wszystko. Od owoców, ryb, bułek, napoi przez rozmowy telefoniczne po żywe koguty. No ale po co nam kogut?

Płynęliśmy 3 dni i w końcu jesteśmy. A teraz musimy znaleźć bilety na samolot żeby się stąd wydostać ;).