Lima - Pierwsze chwile

autor: Monia i fry

data: 2009-03-11T01:35:28.000Z

Pierwsze wrażenia z pobytu nad terytorium Peru: niesamowite widoki Andów z poziomu 11.000 m npm. Gdyby jeszcze nie te ilości chmur...

Drugie wrażenie: zaraz po przekroczeniu drzwi samolotu uderza ciężkie, wilgotne powietrze, poprzetykane zapachem ropy, choć nie łatwo, jeszcze można oddychać.

Kolejne: 45 minut oczekiwania na bagaż Moniki ... jak się wkrótce okazuje, oczekiwania bezowocnego. Plecak gdzieś się zawieruszył. Po rozkrzyczanej grupie Francuzów, którzy też stracili bagaże, udaje nam się zgłosić zaginięcie i niepocieszeni ruszamy dalej. Aham, na lotnisku wymieniamy jeszcze trochę grosza (a raczej kilka dolców), na sole. Jak się później okazuje, po nawet nie najgorszym kursie.

No to czas wyruszyć do miasta. Do wyboru mamy centrum starej Limy lub położoną nad Oceanem Spokojnym ekskluzywną dzielnicę Miraflores. Oczywiście wybór pada na tę drugą, oddaloną od lotniska o jakieś 45 minut drogi. Chętnie pojechalibyśmy transportem publicznym, ale po ponad 10 godzinach lotu, ponadplanowych 2 godzinach na lotnisku, bez bagażu i przytłoczeni zmianą temperatury, poddajemy się i decydujemy na taksę. Pamiętamy jeszcze jak to fajnie targowało się w Chinach i przy pierwszym lepszym taksiarzu uderzamy w te same tony. No i szybko się okazuje, że to jednak nie tak jak w Chinach... Próbujemy z kilkoma taksiarzami, każdy krzyczy 45 soli za kurs (w przybliżeniu 1 sol = 1 zł 10 gr). Po ponad 30 minutach udaje nam się stargować do 25 soli. Ale lekko nie było, oj nie...

Miraflores

Taksiarz wysadza nas gdzieś w Miraflores, pod „tanim” hostelem, z którego pewnie ma prowizję jak poleci go turystom. Sprawdzamy i...10 dolców za noc od osoby! Toż to budżet, jaki planujemy wydać na naszą trójkę! Dziękujemy więc grzecznie i idziemy szukać czegoś na własną rękę. Po przebyciu pieszo kilku kilometrów (sic!) znajdujemy hostel w odległości około 200 metrów od oceanu, przy jednym z głównych nadmorskich (nadoceanicznych?) deptaków. Jest tylko jeden mały szkopuł, który odkrywamy dopiero próbując dostać się na plażę: między deptakiem a plażą jest kilkudziesięciometrowa przepaść, której nie widać na pierwszy rzut oka…

Ceviche

Lokujemy się wygodnie w naszym hostelowym pokoju (gdyby pokój miał okno to nawet mielibyśmy widok na Ocean…) i idziemy zjeść zasłużony obiad. A jak obiad to oczywiście tradycyjne ceviche w typowym barze dla lokalsów, gdzie za całe danie płacimy 3 sole. Jeśli ktoś nie oglądał Cejrowskiego i nie wie co to ceviche, to już wyjaśniam: w najprostszym wydaniu jest to posiekana surowa ryba skroplona duuuużą ilością soku z limonki i suto przyodziana cebulą. Żeby było weselej jako pierwsze danie na południowej półkuli zafundowałam sobie ceviche mixto, czyli oprócz ryby, na moim talerzu wylądowały także kalmary, kraby, ślimaki, krewetki, małże i wiele innych stworzeń, których nigdy wcześniej nie widziałam na oczy. Za to one miały oczy i mimo szczerych chęci jakoś nie mogły mi przejść przez gardło…