Pisco, Półwysep Paracas i Islas Ballestas

autor: Monia i fry

data: 2009-03-13T20:37:09.000Z

Wieczorem docieramy do Pisco, miasta niemal totalnie zniszczonego przez trzęsienie ziemi w 2007 roku. Nie dojeżdżają tu autobusy, wysiada się więc przy Panamericanie i dalej już po wertepach do miasteczka dowożą colectivo, czyli współdzielone taksówki. Kosztuje to śmieszne pieniądze, bo 5 soli (niewiele ponad 5 złotych) za naszą trójkę. Ciekawe, że oprócz kierowcy jadą z nami jeszcze dwie osoby, bynajmniej nie turyści. To oczywiście naganiacze, którzy przez całą drogę pokazują nam zdjęcia z Islas Ballestas, Półwyspu Paracas i innych okolicznych atrakcji, próbując nas namówić na wykupienie wycieczki. Słuchamy uważnie, bo warto poznać panujące stawki a i może dowiemy się jeszcze o jakimś ciekawym miejscu w okolicy.

Wszyscy Peruwiańczycy to jedna firma…

Po dojechaniu na miejsce próbujemy wywinąć się naganiaczom i na własną rękę znaleźć hostel. Nie jest to jednak proste i ostatecznie hostel, który wybieramy i tak w jakiś sposób jest powiązany z naszymi naganiaczami. Zresztą mamy wrażenie, że to wszystko jeden wspólny interes i nie ma znaczenia, w której agencji kupisz wycieczkę na Islas Ballestas, bo i tak wszystkich ładują do tych samych busów. Co ma zresztą sens, bo po co mają jechać 3 prawie puste busy różnych agencji, skoro może pojechać jeden pełny, koszty są niższe a i tak każdy swoje zarobi. No w Polsce to by nie przeszło…

Zatem kupujemy wycieczkę za 40 soli od osoby. Domyślamy się, że na przystani będzie można kupić taniej, ale nie bardzo mamy czas na kombinowanie. Na kolację zjadamy lokalne hamburgery zakupione gdzieś na rynku, wyposażamy się jeszcze w 8 bułek i masło za ok. 1,5 złotego, czyli śniadanie na kilka kolejnych dni i idziemy spać.

Nie tylko atrakcja turystyczna

Przez dziesięciolecia Islas Ballestas było jednym z kluczowych miejsc pozyskiwania guano, kluczowych nie tylko dla Peru, ale dla całego świata. Gwoli wyjaśnienia, guano to naturalny nawóz powstały z odchodów określonych rodzajów ptaków, głównie kormoranów, głuptaków i pelikanów. Dzięki specyficznym warunkom klimatycznym (gorące powietrze, zimna woda i mało opadów), peruwiańskie guano przez lata uchodziło za najlepsze na świecie. Przez ponad 40 lat drugiej połowy XIX wieku Peru było największym eksporterem tego nawozu, szacuje się że w tym czasie wyeksportowano go blisko 20,000,000 ton. Po wynalezieniu nawozów sztucznych w XX wieku popularność guano spadła, dzięki czemu Peruwiańczycy mogli w końcu skupić się na odbudowie nadmiernie eksploatowanych złóż. W tym momencie obszary produkcji guano podlegają ochronie, dba się o odpowiednie warunki dla żyjących tam ptaków i przede wszystkim ilość pozyskiwanego guano jest ściśle kontrolowana. A następnego dnia na własne oczy przekonujemy się, jak wygląda produkcja osławionego guano…

Tajemniczy Kandelabr

Po 7.00 rano ruszamy z Pisco na Półwysep Paracas, z którego mamy następnie dopłynąć motorówkami do Islas Ballestas. Po drodze widzimy kandelabr, czyli jakiś taki dziwny znak na zboczu wydmy, niewiadomego pochodzenia. Stworzony przez kulturę poprzedzającą znane na świecie symbole w Nazca.

Przewodnik mówi, że znak jest tak fenomenalnie ulokowany, że przez wieki nie zaszkodziły mu żadne zjawiska atmosferyczne. Podobno sam się oczyszcza z nawiewanego piasku, bo to co wiatr przywieje, zaraz wywiewa. Nie wiemy ile w tym prawdy, ale robi wrażenie. Aham, przewodnik mówił to wszystko po hiszpańsku, a my raczej nie wiele po hiszpańsku rozumiemy, więc mogliśmy coś przekręcić :P

Prawie jak u Hitchcocka

Islas Ballestas to skalne wysepki zamieszkane przez setki ptaków i dziesiątki lwów morskich. To niby taka miniaturka Galapagos, tylko zamiast kilku tysięcy dolców płacisz kilkadziesiąt złotych. Z tego powodu nazywane są podobno Galapagos dla ubogich. Oczywiście skala zjawiska odpowiednio mniejsza, ale i tak robi wrażenie!

Pingwiny Humboldta, pelikany, kormorany, głuptaki, mewy, brodźce i setki innych ptaków krążą nad wysepkami albo siedzą ciasno jeden obok drugiego na skalnych półkach. Hałas, jaki robią skrzeczące ptaki jest nie do opisania. Musimy chować się pod kurtkami, by nieco guano nie spadło nam na głowy! A temu wszystkiemu towarzyszą wygrzewające się na słońcu lwy morskie, które raz po raz wskakują do wody. A najlepsze były pingwiny, których Fryderyk nie widział i nie wierzył, że tam były. Ale były, mamy je na zdjęciach! Naprawdę warto dodać ten punkt do planu wycieczki po Peru!