Z Iquitos do Chachapoyas

autor: Monia

data: 2009-04-21T04:00:00.000Z

O 18.50 wylatujemy z Iquitos do Tarapoto. Niecałe 40 minut lotu i jesteśmy na miejscu. Potem jeszcze kilkunastominutowa podróż motorikszą do centrum, szybkie szukanie jakiegoś miejsca do spania i lądujemy w trzygwiazdkowym Hotelu Pacyfic – jedno z najbardziej luksusowych miejsc w jakim przyszło nam spać podczas tej podróży. Wszystko nowiutkie, pachnące i lśniące od czystości. A pod prysznicem gorąca woda. Pierwsza porządna kąpiel od wielu dni…. No bo nie można nazwać kąpielą szybkiego prysznica z ledwo cieknącą z kranu letnią wodą. Mamy na sobie chyba jeszcze bród z Rurrenabaque.

Do Tarapoto przylecieliśmy po to, żeby dostać się stąd do Chachapoyas, dlatego przed wyjazdem udaje nam się zobaczyć tylko wodospad, do którego dostaliśmy się motorikszą. Swoją drogą chyba ta kilku dziesięciominutowa podróż po krętej drodze z przepaścią z jednej strony a pionowymi skałami z drugiej strony była ciekawsza niż sam wodospad. No i jeszcze motyl. Wielki, lazurowy, po prostu piękny!!!

Żeby dostać się z Tarapoto do Chachapoyas trzeba najpierw dojechać autobusem do Pedro Ruiz, co zajmuje ok. 6 godzin a potem łapać colectivo do Chachapoyas i to jest kolejna godzina drogi. Wszystko ładnie, pięknie w teorii a w praktyce…Już na starcie mamy z godzinę opóźnienia, potem jakieś objazdy bo zawalił się most, bo rzeka zabrała drogę albo głazy zasypały szosę.

I tak do Pedro Ruiz docieramy ok. 23 w nocy. Autobus wysadza nas tak po prostu na przelotówce no i radźcie sobie. Stoi co prawda jakieś colectivo, ale kierowcy nie widać. Pytamy naszym „płynnym” hiszpańskim jak się dostać do Chacha. No tak, tym oto właśnie colectivo bez kierowcy…Ktoś zagląda do środka. Ha! Kierowca jest, ale śpi…Pukamy, stukamy, pytamy…Manana! No pięknie, a co robić do manana? Stoimy i czekamy. Właściwie nie bardzo wiemy na co czekamy. Hiszpańskiego nie znamy, więc nie idzie się dogadać czy jest jakaś inna opcja dostania się do Chacha jeszcze dziś. Kręci się sporo ludzi, jeżdżą jakieś taksówki, zaczepiamy kilka , ale nikt nie chce nas zawieźć. No to czekamy dalej. Przejeżdżają kolejne autobusy, wysiadają ludzie, szybko gdzieś znikają i tylko my stoimy jak te ciołki nie wiadomo na co czekając. Jesteśmy tu już ponad godzinę i w końcu dorabiamy się towarzyszy podróży. Jeszcze dwie osoby chcą jechać do Chacha. Czyli komplet do colectivo. Kolejna próba obudzenia kierowcy. Nieudana. Co tam komplet pasażerów, on teraz śpi i już! No i co, czekamy dalej.

Tak czekaliśmy jeszcze z godzinę, ktoś nawet chciał nas zawieźć, ale miał busa do którego wchodziło z 12 osób, a nas była tylko piątka, więc nic z tego nie wyszło i w końcu ok. 1 w nocy przyjechało colectivo z Chacha A już myślałam, że będę tam spać na tym skrzyżowaniu…

W Chacha idziemy do pierwszego z brzegu hostelu, z gorącą wodą , jak nas zapewniał pan w recepcji. I oczywiście gorąca woda jest, ale przez 30 sekund, zaraz się wyłącza terma i nie jest nawet letnia tylko lodowata. Także kolejny raz z prysznica nici. A rano leje. Wszystko jest mokre, śliskie i chce nam się spać. No ale plan trzeba realizować. Idziemy na śniadanie a potem ładujemy się do samochodu. Kuelap nadjeżdżamy!!!