Dostać się z Siem Reap do Bangkoku...

autor: Monia

data: 2013-02-11T20:34:16.000Z

...nie jest wcale tak łatwo. Choć trasa oblegana, daleko nie jest, a autobusów od cholery, to i tak lepiej przygotować się na całodzienną wyprawę z wieloma znakami zapytania po drodze.

Nasz plan był prosty. Wyjeżdżamy z Siem Reap rano, po około trzech godzinach jesteśmy na granicy, z godzina na przejściu, potem jeszcze ze trzy – cztery godziny i po południu jesteśmy w Bangkoku. Na tyle wcześnie, żeby jeszcze złapać nocny autobus do Chiang Mai. Podobno ostatni odjeżdża o 21:40.

W Siem Reap kupujemy więc bilet na autobus na 8:00 rano. Kasjerka twierdzi, że powinien być na miejscu około 14:00 – 15:00. No to nawet gdyby miał się spóźnić dwie godziny to i tak nadal mamy zapas czasu na szukanie dalszego transportu.

Tyle teorii, a jak to się ma do rzeczywistości?

Miłe złego początki

Rano z hostelu odbiera nas tuk -tuk, o dziwo punktualnie. Odbiór oczywiście wliczony w cenę biletu, który notabene był dość tani. Kierowca odstawia nas do innego hostelu, skąd ma odjeżdżać autobus. Na miejscu czeka już cała chmara innych białasów i po kilkunastu minutach pakujemy się wszyscy do autobusu, który, uwaga, przyjeżdża punktualnie! Jest klima, jest czysto, żadna muzyka nie dudni nam nad uchem. Jedziemy.

Pierwsze symptomy

Jeszcze nie wyjechaliśmy z miasta, a już przystanek. Kierowca coś tam puka i stuka w karoserię, międzyczasie ktoś wsiada, ktoś narzeka na klimatyzację, no ale po chwili jedziemy dalej. Kilkadziesiąt minut całkiem przyjemnej drogi i znów przystanek. Tym razem na siku i przekąski. Luuudzie, jedźmy! Ileż można zrobić przystanków na trzygodzinnej trasie?

No jak się okazuje jeszcze co najmniej dwa. I to tuż przed samą granicą. Najpierw zajeżdżamy na dworzec autobusowy. Całkiem nowy, całkiem ładny, tylko zupełnie pusty i zupełnie pośrodku niczego. Po jaką cholerę ktoś postawił tu dworzec? I po jaką cholerę się tu zatrzymujemy? Żadnych lokalesów, sami biali turyści z naszego autobusu i dwóch kolejnych, które podjechały po chwili.

-Teraz mamy pół godziny przerwy na obiad, a potem pojedziemy do granicy. – Oznajmia nam pracownik. Suuper... A to, że nie bardzo jest co tu zjeść, bo działa tylko jedna marna fast foodowa knajpa, to już szczegół. Większość turystów siada więc w poczekalni dworca zadając sobie nawzajem pytanie CZEMU NIE JEDZIEMY???

Ok, w końcu wołają do autobusu. -Teraz pojedziemy na granicę, na granicy każdy musi wysiąść z autobusu i zabrać swój bagaż. Przez granicę trzeba przejść pieszo, a za granicą na wszystkich będą czekać minivany, które zawiozą was w odpowiednie miejsca. – Tak prawi pracownik. A my się zastanawiamy, gdzie niby te vany będą czekać i czy w ogóle… A teraz najlepsze - wszyscy dostajemy małe samoprzylepne kwadraciki o różnych kolorach, które trzeba nakleić na ubranie w widocznym miejscu (sic!). Aham, i jeszcze jeden przystanek, jakieś 200 metrów za dworcem zatrzymujemy się żeby zatankować. Pozostałe autobusy również. Cóż za zbieg okoliczności...

Kolejka numer 1 – wychodzimy z Kambodży

W końcu na granicy. Z plecakami, lekko zdezorientowani, ale jeszcze dobrej myśli idziemy do budki. Zanim tam się doczłapujemy (jakieś kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie nas wysadził autobus), zrobiła się już niezła kolejka. Są ze trzy okienka, a przed nami ludzie z kilku autobusów. Bo jakimś dziwnym trafem wszystkie autobusy z Siem Reap dojechały o tej samej porze... Cieśnią się więc wszyscy pod skrawkiem dachu, bo tylko tam jest cień. I każdy woli ocierać się o innych spoconych turystów, niż roztapiać na słońcu.

Boszsze, jak gorąco. I czemu ta kolejka idzie tak wolno? Wszyscy przestępują nerwowo z nogi na nogę, zerkają przez ramię co tam z przodu, uginają pod plecakami. Tak, tak, tutaj jeszcze wszyscy mamy plecaki na plecach, przecież nie opłaca się ich zdejmować na chwilę. Tylko ta „chwila” mija dopiero po godzinie, gdy w końcu docieramy do okienka, dostajemy wyjazdowe stempelki i możemy przespacerować się do Tajlandii.

A przez cały ten czas nad zmęczonymi turystami czuwają „pomocni” urzędnicy, którzy za kilka dolarów znacząco przyspieszą kolejkę. Nikt tu się nie kryje, wszystko jawnie, na oczach dziesiątków ludzi. Wystarczy podejść do pierwszego z brzegu, z paszportem i kasą w ręku. Choć to raczej oni podejdą pierwsi...

Kolejka numer 2 – wchodzimy do Tajlandii

No, to tu dopiero zaczynamy prawdziwą zabawę. Najpierw widzimy tłum ludzi. Skąd oni wszyscy się tu wzięli? To nie są dziesiątki, to są setki turystów. I jak słowo daję, żadnej wycieczki. Stoimy w tym tłumie, nie wiadomo gdzie jest kolejka, dokąd ta kolejka, czy w ogóle jest kolejka. Kilkanaście minut później coś się z tego formuje, można nawet powiedzieć, że stoimy w kolejce. A może nawet w dwóch na raz? Nic stąd nie widać, nic nie wiemy, stoimy.

A obok, za barierkami coraz przechodzi grupa białych turystów. Prosto do budynku, do okienka, po pieczątkę. Przez kolejkę przebiegają różne informacje. 500 bhatów, 15 dolarów, trzeba zaczekać 15 minut i się przejdzie... Co jakiś czas wzdłuż kolejki przechadza się strażnik, zbiera chętnych. Japonka przed nami długo się zastanawia. Próbuje konsultować się z Chinką, ale ich poziom angielskiego, no cóż, totalnie nie rozumieją co do siebie mówią. Chyba już ja podsłuchując zrozumiałam więcej. Japonka w końcu idzie wybadać sprawę. Wraca, jeszcze długo się waha, ale w końcu daje za wygraną. Czwórka Kanadyjczyków i kilku Francuzów mają mniejsze opory. Jak tylko nadarza się okazja, od razu znikają z kolejki. My jesteśmy kilka kroków do przodu, a oni po chwili maszerują już ze strażnikiem prosto po pieczątkę.

No dobra, ale my nie płacimy. No to stoimy. Dziesięć minut, kilka kroków do przodu, dwadzieścia minut, znów trochę dalej, kolejne kilkanaście minut i jeszcze trochę bliżej. Mija pierwsza godzina, mijamy zakręt, na horyzoncie płotki. Teraz z kilkunastu kolejek muszą zrobić się dwie. No teraz każdy wpycha się ile da radę, znów tłok, znów włazimy sobie w tyłki, no bo przecież staliśmy za tą w zielonym, to teraz na pewno nie wpuszczę tu tego Francuza co jeszcze parę minut temu był kilkanaście metrów za nami!

W końcu płotki, koniec przepychanek. Jest daszek, jest cień, jest już popołudnie. O tej porze mieliśmy już być w Bangkoku... Kolejna godzina, a może nawet dłużej, dwie butelki wody wypite, cali spoceni, w końcu wchodzimy do budynku. A tam, dla odmiany, uwaga, kolejka! Ale już tylko kilkanaście osób przed nami, już ostatnia godzina, może trochę dłużej i... WITAMY W TAJLANDII!

Białe kwadraciki do Bangkoku na lewo

Taaak, to była jedna z najdłużej przekraczanych przez nas granic. Z sześć godzin tam spędziliśmy, w tym upale, z plecakami, w tłumie ludzi, głodni, zmęczeni. Zwariować można. No ale wyłazimy w końcu z tej granicy (z budynku, ma się rozumieć), i idziemy gdzieś przed siebie, gdzie inni idą. Czy jakiś autobus będzie tu jeszcze w ogóle czekał?

Ano czeka. Jeszcze nie zdążyliśmy wleźć w żadną dziurę czy zgubić się w toalecie, a już nas odnalazł autobusowy pracownik. Na białej karteczce pisze nam numerek (o dziwo jeszcze ich nie zgubiliśmy) i teraz czekamy aż uzbiera się grupa na busika. Nawet poczekalnia jest. Kilkanaście plastikowych krzesełek pod daszkiem, no full profeska! Mija może z dziesięć minut, komplet białasów do Bangkoku jest, wsiadamy do vana (z klimą, hurraaa!) i możemy jechać.

Nie przejeżdżamy nawet kilkuset metrów i już przystanek. Na obiadek! No chyba kierowca jaja sobie robi. Wszyscy zdychamy ze zmęczenia, każdy marzy o hostelu, nawet nikomu nie chce się wysiadać. -Go!!! - Z tyłu dobiega błagalny krzyk kilku Hiszpanów. Właściciel knajpy niepocieszony, zarobku nie ma, ale my po paru minutach jedziemy dalej.

Już tylko jeden przystanek na tankowanie po drodze i dokładnie o 21.20 kroczymy Khao San Road w Bangkoku łudząc się że jakimś cudem załapiemy się jeszcze na autobus do Chiang Mai o 21.40...

Ehhh, jednak nie tym razem.

Jak to się stało?

Wiele osób będąc na wakacjach w Tajlandii robi sobie krótki wypad do sąsiedniej Kambodży, głównie żeby zobaczyć Angkor. My jechaliśmy w przeciwną stronę, podobnie jak chyba z miliard innych turystów. Pojęcia nie mamy czym ten dzień różnił się od pozostałych, czy mieliśmy wyjątkowego pecha, czy tam jest tak zawsze.

Ps. Do granicy można też dostać się na motorze, skuterze, rowerem, autostopem. Tylko na koniec i tak trzeba stanąć w kolejce i przejść ją pieszo...

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Między Tajlandią a Kambodżą jest kilka przejść granicznych, ale jeśli przemieszczamy się między Bangkokiem a Siem Reap, oczywistym wyborem jest przejście w Aranyaprathet/Poipet. Aranyaprathet to miasto po stronie tajskiej, Poipet jest po stronie kambodżańskiej.

Zasada jest w sumie prosta. Trzeba dojechać do granicy, przejść ją pieszo i po drugiej stronie złapać transport dalej. Z Bangkoku do granicznego miasta Aranyaprathet jeżdżą regularnie autobusy, minivany i pociągi. Między Poipet a Siem Reap mamy już do wyboru tylko autobusy i minivany. Przy czym trzeba pamiętać, że dostać się do granicy jest łatwiej i taniej niż w kierunku odwrotnym, zarówno po stronie tajskiej, jak i kambodżańskiej.

Najpopularniejszą opcją jest natomiast tak zwany bezpośredni autobus. Bilety można kupić dosłownie wszędzie, zarówno w Bangkoku jaki i Siem Reap. Piszemy tak zwany bezpośredni autobus, bo pod taką nazwą sprzedawane są bilety. W praktyce wygląda to tak, że do granicy jedzie się jednym autobusem lub minivanem, przez granicę przechodzi się pieszo, a po drugiej stronie czekają już inne autobusy i vany, które zawiozą nas dalej. Pomijając bardzo długi czas na granicy, wszystko jest dobrze zorganizowane. Granica jest zamykana o godzinie 20.00 i nie ma szans, żeby ktoś został bez transportu, jeśli kupił bilet na całą trasę.

Nie dać się oszukać

Trasa Bangkok – Siem Reap cieszy się bardzo złą sławą wśród turystów, nie tylko ze względu na skorumpowanych urzędników na granicy. Przykładowo czytaliśmy w Internecie o wielu przypadkach, gdy ktoś kupił bilet na całą trasę, a potem po przekroczeniu granicy żądano od niego dodatkowej opłaty. Nam jednak nic takiego się nie przytrafiło, nie słyszeliśmy też żeby inni mieli tego typu problemy. Tylko pamiętajcie, żeby pilnować swojej samoprzylepnej karteczki!

Druga kwestia to kupno biletu na autobus. Ceny są przeróżne, my widzieliśmy od 8 do 14 dolarów na całą trasę. Dlatego lepiej sprawdzić w kilku miejscach i upewnić się czym będziemy jechać, czy autobusem do granicy, a potem vanem, czy na odwrót, czy całą trasę vanem, czy będzie klimatyzacja (jeśli nam na tym zależy), czy w cenie biletu jest odbiór z hotelu (powinien być, nawet przy najtańszym bilecie), itp. Tutaj nic nie jest oczywiste i najlepiej pytać o wszystko co nam przyjdzie do głowy. Przy czym oczywiście nie mamy gwarancji, że tak potem będzie...

Prawdziwy bezpośredni autobus

Podobno kursuje taki od niedawana i polega na tym, że nie zmienia się autobusu na granicy, co oszczędza stania z ciężkim bagażem w upale. Ale czy takim bezpośrednim autobusem przejeżdża się granicę, bez wysiadania, tego nie wiemy. Bilety kosztowały ponad dwa razy więcej niż opcja z przesiadką, więc nawet nie dopytywaliśmy. Być może jest to opcja na szybsze przedostanie się przez granicę.