Chiang Dao - Mae Salong

autor: Monia

data: 2013-03-26T10:03:19.000Z

Dzisiaj nieplanowany odcinek. Zaczyna się nieciekawie. Jedziemy płaską, dość ruchliwą i nawet nie krętą drogą. Widoki nijakie, cały czas wiejskie zabudowania. Powoli żałujemy, że wybraliśmy ten odcinek. A mogliśmy jechać znaną nam z poprzedniego wyjazdu trasą do Mae Salong. Za dużo już jednak przejechaliśmy, żeby teraz zawracać. W końcu droga skręca i dosłownie od razu robi się ciekawsza.

Z każdym kolejnym kilometrem jest coraz lepiej. Najpierw zupełnie płasko i niemal bez zakrętów, za to wśród gór, pól, tarasów ryżowych. Krajobraz jest zupełnie inny niż podczas poprzednich dni.

Jeszcze kilka kilometrów i zaczynamy piąć się w górę. Droga jest wąska, biegnie zboczem góry, przez las. Nie możemy się napatrzeć. Kolejne minuty mijają tak szybko, że nawet nie zauważamy jak przejeżdżamy kilkadziesiąt kilometrów.

Po długim zdobywaniu wysokości zaczyna się zjazd w dół. Cały czas zakręty, strome zjazdy, zupełnie nie widać czy coś jedzie z naprzeciwka. Nie ma mowy o puszczeniu hamulca choćby na moment.

Zbieramy kolejne zakręty, zjeżdżamy niżej i niżej i nagle Fryderyk mówi - Straciłem hamulec. – Co to znaczy? - pytam, bo nie bardzo wiem co ma na myśli. No, nie mamy przedniego hamulca, nie działa. Akurat jesteśmy na w miarę równym odcinku, ale pośrodku długiego zjazdu. Zatrzymujemy się, ale nie możemy tu stać. Tylni hamulec działa bez zarzutu, więc ruszamy powoli. Niestety niepozornie wyglądająca górka okazuje się bardzo stroma. Zbliża się zakręt, a tylni hamulec to za mało, żeby wystarczająco wyhamować. Jedziemy od lewej do prawej, żeby szybciej wytracić prędkość, Fryderyk hamuje nogami, nawet trochę zwalniamy. Ale zza zakrętu wyłania się dalszy zjazd. Na szczęście jest też piaszczysta droga w bok, pod górkę. Ufff, udaje się pod nią podjechać i zatrzymać.

Zsiadamy lekko w szoku. No dalej nie pojedziemy, trzeba kogoś zatrzymać. Od razu pojawia się osobówka. Okazuje się, że kierowca jechał za nami i widział nasze nieudolne próby zatrzymania się. Myślał, że się wygłupiamy, ale tłumaczymy mu, że nie mamy hamulca. Zmartwił się strasznie, widać, że chce nam pomóc, ale nie wie jak. Na hamulcach się nie zna, naszego skuterka do jego osobówki też nie wpakujemy. A on nie stąd więc nie wie skąd tu mechanika wziąć.

Dywagujemy tak nad tymi hamulcami chwilę, aż z góry nadjeżdżają nasi „znajomi” – dwóch turystów na ogromnych motorach, których od początku spotykamy każdego dnia na trasie. Bez wahania orzekają, że zagrzaliśmy płyn i mamy po prostu zaczekać, aż wystygnie. A potem robić więcej przystanków, jeśli dużo używamy tego hamulca. No tak, nie wpadliśmy na to... A hamulce na takiej drodze to się jednak przydają

Robimy więc dłuższy postój, hamulec rzeczywiście z każdą minutą stawia coraz większy opór. A cały czas towarzystwa dotrzymuje nam przejęty Taj. Gdy w końcu decydujemy się ruszyć, mówi, że będzie jechał przez jakiś czas za nami, żeby sprawdzić czy wszystko ok. Pokonujemy w jego asyście kilka podjazdów i zjazdów i w końcu dajemy znak, żeby nas wyprzedził. Dziękujemy jeszcze na migi, zaskoczeni po raz kolejni taką uprzejmością Tajów.

Niewiele w sumie zostało nam już do zjechania, zaledwie kilka zakrętów i jesteśmy na płaskiej drodze. Tu przedni hamulec niepotrzebny, jedziemy więc spokojnie przed siebie, czekając aż wszystkie emocje opadną.

Nawet nie zauważyliśmy, że jest już tak późno. Powoli szukamy więc miejsca na nocleg. I po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach znajdujemy urocze miejsce.

Wieczorem, już w namiocie, wciąż nie opuszczają nas silne emocje. Niedziałający hamulec dostarczył nam takiej rozrywki, że poważnie zastanawiamy się nad dalszą trasą. Tym bardziej, że jutro wjedziemy na odcinek, na którym miesiąc temu padł nam skuter…No cóż, przynajmniej wiemy, że w razie potrzeby możemy liczyć na Tajów, którzy nigdy nie zostawiają bezradnego turysty bez pomocy.

Ps. Popsuty hamulec zdecydowanie zdominował nasze wspomnienia z tego dnia, ale mieliśmy jeszcze jedną miniprzygodę. Otóż, zanim cała ta historia z hamulcem się wydarzyła, postanowiłam wziąć kolejną lekcję jazdy na skuterze. I nawet całkiem dobrze mi szło, przejechaliśmy kilka (może nawet kilkanaście kilometrów) i wtedy na horyzoncie pojawił się posterunek policji. No bo akurat jechaliśmy wzdłuż granicy z Birmą i te posterunki były co kilka kilometrów. Zwolniłam, strażnicy z uśmiechem machają, żeby na chwilę się zatrzymać, nawet pachołki zaczęli przesuwać, żeby było nam łatwiej podjechać. Ale ja zamiast zahamować dodałam gazu. I kolejna rzecz, którą pamiętam, to jak leżymy pod nogami przestraszonych strażników, koło cały czas się kręci, silnik chodzi. Aham, cały czas trzymam manetkę od gazu…W końcu strażnicy zaczęli nas wygrzebywać z tego skutera, jeden z nich zdjął moją rękę z gazu (co ja się tak uparłam, żeby jej nie puszczać?) i już stoimy na nogach. Oczywiście nic nam się nie stało, bo wywrotka była przy minimalnej prędkości, nawet skuterek się nie porysował. Tylko strażnicy na koniec usilnie namawiali nas do zamiany miejsc. Tak, jednak lepiej, gdy Fryderyk prowadzi...