Dziennik z Etiopii

autor: Monika

data: 2016-02-08T17:00:00.000Z

W Etiopii spędziliśmy cztery tygodnie, na przełomie grudnia 2015 i stycznia 2016 roku. Szczegółowe relacje z tego wyjazdu już powstają, a tymczasem niżej możecie przeczytać nasze zapiski z drogi. Bez rozpisywania się, bo więcej przeczytacie już niedługo.

Dzień 0: Z Rwandy do Etiopii

niedziela, 27 grudnia 2015

Jeszcze w Kigali (Rwanda). Wylot do Etiopii mamy po 2:00 w nocy, więc nie opłaca nam się nocować w hostelu. Na lotnisko zbieramy się jakoś po 21:00. Na miejscu okazuje się, że do budynku wpuszczają dopiero trzy godziny przed odlotem. Koczujmy w kawiarni przy lotnisku.

Dzień 1: Addis Ababa - Mekele

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Około 6:00 rano lądujemy w Addis Ababie. Na lotnisku wyrabiamy wizy. Żadnych problemów, tylko wiza strasznie brzydka, taka zwykła pieczątka na całą stronę.

Przy wyjściu czeka na nas przedstawiciel agencji, z którą jedziemy jutro na Danakil. Mamy zapłacić za wycieczkę i przeloty wewnętrzne. Przelotów mamy cztery. Rezerwowaliśmy przez agencję, bo bez etiopskiej karty płatniczej nie można zapłacić przez internet.

W Etiopii wszystkie loty krajowe obsługuje państwowa linia Ethiopian Airlines. Dzięki temu, że z Rwandy przylecieliśmy Ethiopianem, mamy ponad 50% zniżki na loty krajowe.

Kierowca z agencji odbiera od nas kasę (niemałą – w sumie $1500). Jest ciemno, jesteśmy w obcym kraju, niewyspani, właśnie daliśmy jakiemuś kolesiowi $1500, w samochodzie, przyświecając sobie czołówką… Dobrze, że jesteśmy zmęczeni, bo nie mamy siły zastanawiać się czy nie ma tu przekrętu.

O 12:00 mamy lot do Mekele, na północ kraju, skąd jutro ruszamy na Depresję Danakilską. Wołają do bramek, ale przy kontroli bezpieczeństwa robi się zamieszanie. Każą przepuszczać ludzi z naszego lotu. Potem zmieniają zdanie, my mamy czekać, inny lot pierwszy. Okazuje się, że lot do Mekele z 8:00 rano jest opóźniony, ludzie czekają przy tej samej bramce, ale to my lecimy pierwsi. Nie zazdroszczę tym z 8:00 rano.

W Mekele odbiera nas kierowca z agencji i zawozi do miasta pod biuro. Byliśmy pewni że czeka nas jeszcze targowanie ceny za taksówkę, a tu proszę, pełen relaks. W agencji potwierdzamy szczegóły na jutro. Hotel jest tuż obok. Warunki w pokoju przechodzą nasze oczekiwania. To zdecydowanie najlepszy nocleg z dotychczasowego wyjazdu. I najtańszy.

Gorący prysznic, syta kolacja i spać.

Dzień 2: Danakil

wtorek, 29 grudnia 2015

Pierwszy dzień wycieczki na Depresję Danakilską. Jedziemy z agencją, a nie sami, bo samodzielna podróż po tym terenie jest zabroniona.

Po długiej i krętej drodze docieramy do ogromnego solniska. Widzimy karawany wielbłądów i osiołków niosących sól z kopalni na targ.

Gorąco.

Śpimy pod gołym niebem. Pierwszy raz w życiu.

Dzień 3: Danakil

środa, 30 grudnia 2015

Pobudka przed 5:00 rano, żeby jak najwcześniej dotrzeć do jeziora Dallol. Temperatury osiągają tu 40-50 stopni w ciągu dnia, więc nasze zwiedzanie musimy skończyć jak najwcześniej. O 9:00 jesteśmy już po i jedziemy obejrzeć kopalnię soli. Upał wygania wszystkich szybko do klimatyzowanych samochodów.

Noc spędzamy w wiosce. Jest prysznic i toaleta. To znaczy, jest dziura w ziemi i wiaderko z zimną wodą. Od wyjazdu z Mekele nie było nic.

Dzień 4: Wulkan Erta Ale

czwartek, 31 grudnia 2015

Cały dzień w drodze. Trochę po asfalcie, potem po piachu, na koniec po zastygłej lawie. O 17:00 dojeżdżamy pod wulkan. Wczesna kolacja, przepakowanie się, o 19:30, jak jest już ciemno i słońce nie parzy, ruszamy pod górę. Na miejsce docieramy około 23:00.

Nowy Rok witamy wpatrując się w bulgoczące jezioro lawy w kraterze. Zdecydowanie jedno z naszych najbardziej ekscytujących przeżyć.

Dzień 5: Powrót do Mekele

piątek, 1 stycznia 2016

Pobudka o 4:00, ostatnie chwile nad kraterem i długa droga w dół. Około 9:00 ruszamy w drogę powrotną do Mekele.

Na miejscu jesteśmy akurat na kolację. Jesteśmy wyczerpani. Mieliśmy jutro jechać do Aksum, ale chyba zostaniemy jeden dzień w Mekele na odpoczynek.

Prysznic, krótka drzemka i jednak namyślamy się na wyjazd. Trasa, którą chcemy pokonać w dwa dni, transportem publicznym zajmuje cztery, może trzy, jeśli zgrają się autobusy. My nie chcemy tracić czasu a w dodatku chcemy po drodze trochę pozwiedzać. Idziemy do agencji załatwić samochód z kierowcą. Zasypiamy o 20:00.

Dzień 6: Przejazd do Aksum

sobota, 2 stycznia 2016

Ruszamy po 8:00 rano. Kierowca trochę zły, bo spóźniamy się pół godziny. Nigdy nam się to nie zdarza, ale jeszcze jesteśmy niedospani po Danakilu, rano zmuszamy się, żeby zwlec się z łóżka.

Po drodze zwiedzamy cztery kościoły. Rejon, przez który przejeżdżamy - Tigrej - znany jest właśnie z kościołów wykutych w skale kilka, nawet kilkanaście wieków temu.

Droga między Mekele a Aksum jest niesamowita. Jedziemy z nosami przyklejonymi do szyby. W przewodniku nie pisali, że ten odcinek jest tak widokowy, właściwie jedziemy tędy przypadkiem.

Do Aksum dojeżdżamy na 17:00. Nie planowaliśmy nic tutaj zwiedzać, ale korzystamy z tego z jest jeszcze wcześnie. W ostatniej chwili wpadamy do miejsca w którym stoją słynne stele. Właśnie zamknęli kasę biletową i każą nam przyjść jutro. Ale jutro wyjeżdżamy o 8:00, a tu jest otwarte od 8:30. Udaje nam się ubłagać strażników i wpuszczają nas na pół godziny. Dajemy im pieniądze za bilety, niby mają jutro zapłacić za nas w kasie.

Dzień 7: Trasa Aksum - Debark

niedziela, 3 stycznia 2016

Już się nie spóźniamy rano, więc kierowca w dobrym humorze. Szczątkowym angielskim tłumaczy, że droga jest zła a on nie chce jechać po ciemku. No to ruszamy. Widoki nie gorsze niż wczoraj, większość czasu jedziemy górskimi serpentynami. Każdy mozolny podjazd kończmy długim zjazdem i tak wiele razy. Droga jest w świetnym stanie, ale zakręty ostre, zjazdy niesamowicie strome, kierowca musi jechać powoli. Na szczęście ruch nie jest duży.

Kilkadziesiąt kilometrów przed celem podroży kończy się asfalt. Ostatni odcinek to górska, kręta droga, zupełnie podobna do Drogi Śmierci w Boliwii. Ale to tylko 40 kilometrów.

Dojeżdżamy bardzo wcześnie, jakoś po 13:00. Planowaliśmy zostać tu na noc i załatwić na jutro trekking po górach. Szczątkowym angielskim kierowca coś nam doradza, nie za bardzo rozumiemy o co mu chodzi. Każemy jechać pod siedzibę parku narodowego.

Od razu zaczepia nas kilku przewodników. Jeden z nich świetnie mówi po angielsku i wszystko nam tłumaczy. Nie mija godzina, jak wszystko mamy załatwione. Jedziemy w góry teraz, a nie jutro!

Dzień 8: Góry Semien

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Wczoraj przyjechaliśmy na pole namiotowe. Przewodnik załatwił nam kolację, oprowadził po okolicy a zaraz po zmroku, czyli około 19:00 poszliśmy spać.

W obozie widzieliśmy bardzo dużo ludzi, ale na szlaku idziemy sami. Innych turystów spotykamy tylko w okolicy punktów widokowych. Jest piękna, słoneczna pogoda, ale widoki takie sobie, bo widoczność słaba. Jak się okazuje o tej porze roku powietrze nie jest zbyt przejrzyste.

Po kilku godzinach marszu napotykamy małpy Gelada. To dla nich wybraliśmy się na trek. Góry Siemien w Etiopii to jedyne miejsce na świecie gdzie można je zobaczyć. Spędzamy z nimi trochę czasu, inni turyści mijają nas (i małpy) obojętnie. Pewnie napatrzyli się na nie już wczoraj.

Późnym popołudniem docieramy do obozu. Przy herbacie i popcornie rozmawiamy z parą Brytyjczyków. Jak się okazuje, też mieszkają w Londynie.

Po zachodzie słońca jemy kolację i idziemy spać. Jutro długi i ciężki dzień.

Dzień 9: Góry Semien

wtorek, 5 stycznia 2016

Jest jeszcze zupełnie ciemno gdy wstajemy. I bardzo zimno. Do pierwszego punktu widokowego docieramy dość szybko, ale potem droga robi się męcząca, a my z każdym krokiem idziemy wolniej.

Trasa nie jest niebezpieczna, ale cały czas jest pod górę. Potem jest już płasko, ale bardzo daleko. Nie możemy się ociągać bo jeszcze dziś chcemy jechać do Gondaru.

Gdy kończymy trek jest już późne popołudnie. Powrót samochodem do Debarku zajmuje nam ponad dwie godziny. Od razu łapiemy busika do Gondaru. Kolejne trzy godziny i gdy jest już zupełnie ciemno docieramy pod hotel. Jedyne o czym marzymy to gorący prysznic, kolacja i łóżko.

Dzień 10: Gondar

środa, 6 stycznia 2016

Nad ranem budzi nas głośnik. Mamy wrażenie jakby był zaraz za oknem. Jest około 5:00 rano. Najpierw myślę, że to meczet. Zasypiam. Budzę się znów. Dalej śpiewają. Nie, to nie może być meczet. Wsłuchuję się. Brzmi bardziej kościelnie. To msza. Dziś etiopska Wigilia. Spodziewaliśmy się głośnych obchodów, ale dopiero od wieczora. Jak widać świętują od rana.

Niewsypani, zmęczeni po wczorajszym treku i podróży, przeziębieni i wyczerpani upałem... Nie chce nam się, ale zmuszamy się do zwiedzenia ruin zamku. Jutro jest święto, więc nie wiadomo czy wszystkiego nie zamkną.

Po południu trafiamy na uliczny targ baranów. Kilku sprzedawców idzie ulicą ze stadem baranów a napotkani ludzie kupują, albo i nie. No to już wiemy co się jada w Etiopii na święta.

Dzień 11: Gondar

czwartek, 7 stycznia 2016

Mieliśmy iść na mszę w nocy, a potem nad ranem, ale męczy mnie przeziębienie i poranna pobudka okazuje się za dużym wyzwaniem. Docieramy w środku mszy. Tłum ludzi w białych ubraniach gromadzi się na ogromnym placu, a księża przemawiają. Kręcimy się trochę wśród ludzi, ale jest nieznośnie gorąco.

Przed południem uciekamy do chłodnej kawiarni. Spotykamy parę Polaków z Krakowa. Zaczynamy rozmawiać o Etiopii, potem pojawiają się kolejne miejsca, wymieniamy się doświadczeniami z Ameryki Południowej i Azji i tak mija nam k​ilka dobrych godzin

Późnym popołudniem zwiedzamy zabytkowy kościół.

Dzień 12: Wyjazd do Doliny Omo

piątek, 8 stycznia 2016

Lecimy na południe. Najpierw lot do Addis, dwie godziny przerwy i lot do Arba Mintch.

Wieczorem zapytaliśmy w hotelu jak dostać się na lotnisko. Powiedzieli nam, że będzie jechać pięć osób i będzie to kosztowało po 50 birrów od glowy. Rano pod hotelem stoi duży autobus z grupą białych turystów. Obsługi nie ma, nie wiemy czy mamy wsiadać czy nie. Pytam turystów, czy jadą na lotnisko, w odpowiedzi słyszę no english, no english. Znajduję kierowcę, ten mówi po angielsku. Potwierdza, że to autobus na lotnisko. No to wsiadamy, jedziemy. Mniej więcej przed bramą wjazdową na lotnisko orientujemy się, że wsiedliśmy w złego busa. Ten jest prywatny dla tej wycieczki. Busik którym mieliśmy jechać stoi przed dami w kolejce do wjazdu. Przewodnik wycieczki totalnie nas zignorował, pewnie myślał, że kierowca dorabia na boku. Kierowca myślał, że jesteśmy z tej samej wycieczki. A my myśleliśmy, że to dobry autobus. Co tam, ważne, że dojechaliśmy na lotnisko. Dajemy kierowcy 100 birrów, cieszy się z nielanowanego zarobku.

Na lotnisku w Addis jest kawiarnia o nazwie London Cafe. Nawet dobrą mają tam kawę. A koło kawiarni chodzi kotka z małym kotkiem. Kotka nic nie robi sobie z ludzi, ale mały kotek jest jeszcze trochę wystraszony i ma duże problemy, żeby przejść przez poczekalnię.

W Arba ladujemy około 14:00, szybko ładujemy się do motorikszy, jedziemy na dworzec autobusowy. Korzystając z okazji kierowca tradcyjnie pyta gdzie, po co i że on to może nam lepiej, szybciej i w ogóle. Mówimy, że chcemy jeszcze dziś jechać do Jinki. To ponad sześć godzin jazdy. Kierowca twierdzi, że dziś już nic nie jedzie do Jinki. Może do Konso, które jest w mniej więcej w jednej trzeciej drogi, ale do Jinki? No skąd. co za pomysł. Za to on - kierowca - może zalatwić samochód z kierowcą. I nas zawiezie. Bezpośrednio. I może nas powozić po Dolinie Omo. Teraz, żąden problem.

Grzecznie dziękujemy i obstajemy przy dworcu. A tam od razu znajduje się kilka osób niezmiernie zainteresowanych naszymi potrzebami. Pierwsza wersja jest taka, że do Jinki nic nie jedzie. Tylko do Konso. My jednak uparcie obstajemy przy Jince, bierzemy bagaż, zaczynamy rozglądać się po placy dworcowym, do każdego po kolei mówimy Jinka, Jinka. No i nagle znajduje się bus do Jinki. Nawet siedzą już w nim ludzie. Ruszamy 40 minut później. Tradycyjnie czekaliśmy aż zapełnia wszystkie miejsca.

Sześć godzin późnej docieramy do Jinki. Na szczęście kierowca wysadza nas pod hotelem , który nie dość że jest tani, to w dodatku ma naprawdę przyzwoite warunki i, jak się okazuje później, smaczne jedzenie. Już na recepcji zaczepia nas przewodnik, który chce nas namówić na wycieczke po Dolinie Omo. Jeteśmy wyjątkowo łatwym łupem, bo szybko dajemy się złowić. Ustalamy koszt i trasę na cztery dni. Zaczynamy jutro o 9:00.

Dzień 13: Dolina Omo: Targ w Dimeka

sobota, 9 stycznia 2016

Dzień 14: Dolina Omo: Karo

niedziela, 10 stycznia 2016

Dzień 15: Dolina Omo:Omorate - Turmi

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Dzień 16: Dolina Omo: Mursi

wtorek, 12 stycznia 2016

Dzień 17: Konso

środa,13 stycznia 2016

Dzień 18: Arba Mintch

czwartek, 14 stycznia 2016

Przyjechaliśmy do Arba Mintch odpocząć. Nic tu nie ma oprócz fajnego hotelu z basenem. Naganiacze na dworcu i kierowcy tuk tuków przekonują nas, że ten hotel jest drogi i namawiają na inny. Tylko nam już nie chce się walczyć z karaluchami i pluskwami, z zapchaną toaletą i błagać o ciepłą wodę. Spławiamy naganiaczy i z uczuciem ulgi wprowadzamy się do własnej chatki, z basenem i widokiem na park narodowy.

Dzień 19: Arba Mintch

piątek, 15 stycznia 2016

Słońce, basen, leżaki, zimne piwo i bananowe milk shake'i...

Dzień 20: Arba Mintch

sobota, 16 stycznia 2016

Dorze

Dzień 21: Addis Ababa

niedziela, 17 stycznia 2016

Dzień 22: Addis Ababa/Lalibela

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Dzień 23: Lalibela

wtorek, 19 stycznia 2016

Dziś jedno z najważniejszych świąt w Etiopii - Timkat, czyli Święto Objawienia.

Przed południem zwiedzamy kościoły. Po południu idziemy na procesję.

Dzień 24: Lalibela

wtorek, 20 stycznia 2016

Pobudka o czwartej rano. O piątej jesteśmy już na placu gdzie nocowały arki i odbywało się całonocne czuwanie. Cały czas odbywają się modły a my czekamy na główną część, czyli święcenie wody. Zaczyna się dopiero przed siódmą rano. Po ósmej jest już po wszystkim i procesja rusza z powrotem do miasteczka.

Dzień 25: Lalibela/Addis Ababa

wtorek, 21 stycznia 2016

Lecimy do Addis. Przed samolotem planowaliśmy jeszcze raz zwiedzić kościoły, ale jesteśmy zbyt zmęczeni.

Dzień 26: Addis Ababa

wtorek, 22 stycznia 2016

Kupujemy pamiątki, wysyłamy kartki.

Taksówkarz nie wie jak trafić do naszego hotelu, więc prowadzimy go z mapą i GPSem.

Dzień 27: Addis Ababa - wylot do domu

wtorek, 23 stycznia 2016