Zapiski z drogi: W drodze z Ugandy do Rwandy

autor: Monika

data: 2015-12-25T12:30:00.000Z

Nasz ostatni dzień w Ugandzie nad jeziorem Bunyoni. Wstajemy po siódmej, pakowanie, prysznic, śniadanie i po ósmej udaje nam się w wyjść. Chcemy złapać matatu, czyli busika do Kabale, miasta położonego jakieś 10 kilometrów dalej, po drugiej stronie góry. Jest dzień targowy, teoretycznie powinno coś jechać. Dzień targowy jest tylko dwa razy w tygodniu i podobno tylko wtedy busiki jeżdżą.

Boda-boda

Jak tylko pojawiamy się w wiosce z plecakami od razu otacza nas kilka boda-boda, czyli motocykli, służących tutaj za taksówki. Ale my z tymi dużymi plecakami, po krętej górskiej drodze, pełnej wybojów, dziur i innych niespodzianek. No jakoś słabo to widzimy. Mówimy, że będziemy czekać na matatu. Pokazują nam gdzie mamy czekać. Tutaj stać, jak będzie jechać to tędy. Zobaczy nas i się zatrzyma. To stoimy i czekamy. Z dziesięć minut może. Ale motocykle nalegają. Cały komitet już się utworzył, żeby nas przekonać. Jest ich kilkanaście, chyba już się dogadali którzy w razie czego będą nas wieźć. Ale namawiają nas wszyscy.

Matatu na horyzoncie nie widać, innych czekających też nie. Boda-boda nalega. No dobra, ale co z tymi dużymi plecakami? A żaden problem, będą jechać z przodu, na kierownicy. No dobra, ale jedziemy powoli? Żeby nie był niebezpiecznie? Tak, tak, powoli, zero ryzyka, chłopaki przekonują. Dodam tylko, że o czymś takim jak kask to słyszeli tu chyba tylko w stolicy, może ktoś widział w telewizji. Zbędny gadżet.

W końcu dajemy się przekonać. Chłopaki ruszają ostro, trochę nas podrzuca na wertepach, serce mi kilka razy szybciej bije, jak podjeżdżają do krawędzi a po mojej lewej (bo tutaj ruch jest lewostronny), widzę przepaść. Ale widać, że chłopaki starają się jechać łagodnie. Po drodze fajne widoki, ale tak kurczowo się trzymam, że nie mam mowy o robieniu zdjęć albo filmików. Jakiejś trzydzieści minut później dojeżdżamy do Kabale. Tutaj znowu liczymy, że uda nam się złapać matatu do Kisoro.

Z Kabale do Kisoro

Chłopaki wysadzają nas przy czymś co jest postojem boda-boda, ciężarówek (które też służą za transport ludzi) i teoretycznie matatu. Od razu przechwycają nas kierowcy osobówek, proponując special hire, czyli wynajęcie samochodu z kierowcą tylko dla nas. My jednak szukamy matatu. Pytamy, ale wszyscy mówią, że do Kisoro matatu nie jeździ, że mamy iść do osobówki. Wracamy, pytamy. Pada cena dziewięciu dolarów za dwie osoby. Wydaje nam się dziwnie mało za samochód tylko dla nas. W końcu to prawie dwie godziny jazdy po krętej górskiej drodze. Sprawa szybko się wyjaśnia. Oprócz nas, w samochodzie ma jechać jeszcze sześć osób. A co tam, chcieliśmy jeździć jak miejscowi, to bierzemy. Siadamy z tyłu, razem z dwoma innymi osobami. Jest nas więc czworo. Z przodu na jednym siedzeniu siedzą dwie dziewczyny. Zostaje miejsce kierowcy. Mamy już ruszać ale wywiązuje się dyskusja. Przesadzają nas do przodu, a dziewczyny do tyłu. Z tyłu było nam jednak wygodniej, ci z tyłu też wyglądają na bardziej ściśniętych. Jakby nie patrzeć, jednak jestem mniejsza niż przeciętne Ugandyjki… Na miejscu kierowcy ktoś siada. Wydawało nam się, że kierowcą jest ktoś inny, ale mogło nam się pomylić. Dwie minuty później pojawia się kierowca. Wsiada. Na to siedzenie, na którym już ktoś siedzi. Czyli jest nas z przodu czworo. No, w końcu gotowi do drogi.

Pierwsze minuty to faza oswajania rzeczywistości. Próbujemy zoptymalizować nasze pozycje. Fryderyk siedzi na drzwiach, ja staram się nie wpadać na skrzynię biegów. W końcu wydaje się być dobrze. Odzyskuję czucie w nogach. Uczucie ulgi nie towarzyszy nam długo. Mozolnie uzyskaną konfigurację tracimy w ułamku sekundy na ostrym zakręcie. Cały proces usadzania zaczynamy od nowa. By znaleźć idealny układ tuż przed kolejnym zakrętem albo progiem zwalniającym.

Po kilkunastu minutach pierwszy przystanek. Ktoś z tyłu wysiada. Czyli zostaje ich troje. O nie, my chcemy do tyłu. Trzy osoby na tylnym siedzeniu to luksus! Ale zaraz zaraz, ruszamy, liczymy, hmm, ich jest nadal czworo. Czyli tam musiało jechać pięć osób… No to już nie chcemy do tyłu.

Mamy jeszcze kilka przystanków. Wysiada osoba dzieląca siedzenie z kierowcą. Wolne miejsce nie jest jednam wolne długo. Już po kilku minutach znajduje się ktoś chętny do drogi. I tak jeszcze trzy razy. Pod koniec jedzie z nami bardzo ekspansywna pani, która mimo niewielkich rozmiarów jest wyjątkowo skuteczna w zawłaszczeniu naszej przestrzeni.

Po niecałych dwóch godzinach docieramy do Kisoro. Stąd jest dziesięć kilometrów do miejscowości Cyanika, czyli granicy z Rwandą. Kierowca proponuje, że nas zawiezie za dodatkowe pieniądze. Stawka jest niska, więc już nie bawimy się w szukanie tańszych opcji tylko wysadzamy wszystkich pasażerów i w luksusowych warunkach (mając cały tył dla siebie), jedziemy na granicę.

Na granicy z Rwandą

Granice z Rwandą przekraczamy pieszo. Wszystko idzie szybko, żadnych problemów, mamy wizę Wschodnioafrykańską (wyrobiiśmy na lotnisku w Entebbe, po przylocie do Ugandy). Praktycznie żadnych kolejek, okienko do wyjazdu z Ugandy i do wjazdu do Rwandy są dosłownie jedno obok drugiego. Po kilkunastu minutach możemy legalnie wdreptać do Rwandy.

Po drugiej stronie jest kilka punktów wymiany pieniędzy. Pozbywamy się ostatnich ugandyjskich szylingów i wymieniamy trochę dolarów. Kurs mają lepszy niż to co sprawdziliśmy w internecie. Gdy Fryderyk wymienia pieniądze, zaczepia mnie kilka osób chętnych wieźć nas taksówką gdziekolwiek chcemy. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi sporo busików, na pewno coś jedzie w naszym kierunku, więc bez obaw spławiam taksówkarzy. Śmieją i życzą udanej podróży. Nie są nachalni. Podoba mi się.

Jak tylko pojawiamy się przy busikach, od razu wsadzają nas do jednego z nich. Pada cena biletu, Jakieś zamieszanie się zrobiło, my nic nie płacimy bo nie do końca wiemy kto jest kierowcą. Siedzimy w tym busiku sami. Oni chyba myślą, że nam się cena nie podoba. Przychodzi biletowy i pokazuje nam cennik. Okazuje się że cena którą podali wcześniej to byłaby cena za busik tylko dla nas. Zwykły bilet kosztuje 1/12 tej kwoty!! Najlepsze jest to, że przez moment myśleliśmy, że pierwotna cena, to cena biletu. Gdyby chcieli nas naciągnąć, to zapłacilibyśmy kilkanaście razy więcej i nawet nie wiedzielibyśmy, że nas oszukano. Tak niskie są to stawki. Czekamy około dwudziestu minut aż busik się zapełni. Zapełni, czyli gdy na 12 miejscach siedzi 16 osób. Do tego przeróżne pakunki, plecaki, miski, dzieci w chustach na plecach. Są odcinki, gdy na trzech siedzeniach siedzi nas pięcioro. Tylko zwierząt brakuje.

W końcu autobus

W Musanze, czterdzieści kilometrów dalej i około godzinę później, przesiadamy się na autobus do Rubavu, naszej docelowej destynacji na dziś. Albo Gisenyi, jak nazywała się ta miejscowość jeszcze kilka lat temu. Lepiej się w tym orientować, bo na bilecie jest napisane Rubavu, a miejscowi nadal używają starych nazw. Wsiadamy do autobusu. Jest większy niż matatu. Zdecydowanie nie oznacza to lepszych warunków jazdy, tylko więcej miejsca na upakowanie większej ilości bagażu. Cały środek autobusu wyłożony jest towarem. Tym razem jadą z nami pęczki butów (nie wiem czy na sprzedaż, bo są dość brudne), jakieś koszulki popakowane w foliowe torby, plastikowe miski. Nie może to być jednak za wysokie, bo musi zmieścić się pod rozkładanymi siedzeniami. Na tych siedzeniach też jadą ludzie. Czyli przez autobus nie ma w ogóle przejścia.

Jedziemy dość szybko, droga jest ładna, asfaltowa, równa. Za oknem piękne widoki, wzgórza z polami, w tle góry. Nie trwa długo jednak ta sielanka. Łapiemy gumę. W kilka sekund wszyscy pasażerowie są na zewnątrz. Kilka minut wahania. Część zabiera pakunki, chyba będą łapać na drodze matatu. Inni postanawiają czekać aż kierowca zmieni koło. Zapłacili już a za bilet na matatu też trzeba zapłacić. Niektórym pewnie też wcale się nie spieszy. Zastanawiamy się chwilę co robić. Gdy kolejne matatu zatrzymuje się by przechwycić pasażerów, zabieramy bagaże i przesiadamy się.

W niemniejszym ścisku, zmieniając siedzenia kilka razy, bo ktoś wsiada, wysiada, przesiada się, docieramy do Rubavu. Pół busika debatuje gdzie nas wysadzić, żebyśmy mieli blisko do naszego hostelu. Międzyczasie uradzili, że to drogi hostel wiec lepiej będzie jeśli zatrzymamy się gdzie indziej. Ale hostel poleciła nam spotkana wcześniej Holenderka, znamy cenę, jest to dużo mniej niż nasze noclegi w Ugandzie, wiec nie szukamy tańszych opcji. Wysadzają nas przy boda-boda, plecaki nawet nie trafiają w nasze ręce, tylko od razu wędrują na motocykle. Kierowcy już chyba wiedzą gdzie chcemy jechać i po kilku minutach jesteśmy na miejscu.

Jest godzina 15:00. Możemy wziąć gorący prysznic i pójść na zasłużony obiad w lokalnej knajpie. W końcu podróżujemy tak jak lubimy. A w jeden dzień dowiedzieliśmy się więcej o życiu miejscowych niż przez cały nasz dotychczasowy pobyt.